sacra et profana
ANIOŁ
Od piętnastego roku życia pływałem na frachtowcach i bez wielkiej przesady mogę stwierdzić, że przetarłem się po świecie i poznałem większość portów, których znać nie warto. Niespokojna natura gnała mnie to tu, to tam, i niejeden raz oberwałem po gębie, wdając się w bójki w najpodlejszych spelunach. Teraz, kiedy już na dobre osiadłem na mieliźnie, wciąż lubię pociągnąć wina i powspominać dobre, burzliwe czasy.
Pamiętam, był listopad pięćdziesiątego ósmego. Pogoda pod psem, wiatr i deszcz, który nie przestawał lać od dwóch tygodni. Staliśmy w greckim porcie Pireus, czekając na ładunek, i nudziliśmy się setnie.
Miałem osiemnaście lat i niecierpliwość w sercu. Ja i moi kompani poznaliśmy na wylot miejscowe tawerny i portowe dziewki, wypróbowaliśmy pięści w kilku awanturach i zdążyliśmy popaść w stan apatii i znużenia.
Długie wieczory zwykliśmy spędzać w knajpie ,,Pod Morskim Diabłem’’, zabijając czas podłymi trunkami i grą w karty. Było nas czterech, z których ja, najmłodszy, starałem się nie ustępować kolegom w pijaństwie i bitności, ale nie zdążyłem się jeszcze wsławić czymś szczególnym. Podążając śladami starszych pracowałem dopiero na swoje imię i tożsamość, niczym początkujący artysta. Wciąż nie wiedziałem, który z grzechów głównych umieszczę na swoim sztandarze.
A wzory, można powiedzieć, miałem mocne. Po pierwsze, Chudy Bill, wówczas trzydziestolatek, chłop milczący i wysoki, zwany ,,Chudym’’ tylko z przewrotności, był bowiem zbudowany jak parowóz i jak parowóz silny. Mówili o nim, że w rękach ma dynamit, a że widziałem go kilka razy w akcji, kiedy – zawzięty i ponury – parł do przodu bez chwili wytchnienia, młócąc przeciwników łapskami wielkim jak bochny, mogę to z całym przekonaniem potwierdzić.
Kolejny, Włoch Giovanni, śliczny jak panienka, potrafił wchłonąć niezwykłe ilości alkoholu i pozostać trzeźwym. Wydawało się, że Panu Bogu nie starczyło zwykłej tkanki na jego żołądek i zastąpił ją gąbką. Nietrudno się domyślić, jak go zwaliśmy, ale lubiłem go bardzo, a to ze względu na umiłowanie życia i pogodne usposobienie, właściwe nacjom od pokoleń wygrzanym w południowym słońcu.
Był wreszcie Marokańczyk, mahometanin o imieniu tak długim i pokrętnym, że nikt nie potrafił go spamiętać. Dla wygody i ułatwienia nazywaliśmy go po prostu Marokańczykiem. Zgodnie z regułami swojej religii miał cztery żony, które w sumie powiły mu szesnaścioro dzieci, każda po czworo – traktował je bowiem sprawiedliwie, dzieląc swoje uczucia i pieniądze na cztery skrupulatnie równe części. W jego przypadku powiedzenie o marynarzach, co w każdym porcie mają żonę, było prawdziwe. Kochliwy Marokańczyk miał w każdym porcie nie tylko żonę, ale i ze dwie kochanki.
Tego wieczoru jak zwykle siedzieliśmy ,,Pod Morskim Diabłem’’, bez przekonania popijając nędznego sikacza. Gwarzyliśmy o tym i owym, ale żaden temat nie budził w nas większych emocji. W gruncie rzeczy, w ogóle nie chciało nam się gadać, dlatego też w pewnym momencie przy stole zapanowała cisza.
Cisza to w towarzystwie rzecz krępująca, prawie tak jak głośne popuszczenie gazów jelitowych lub nagła czkawka. Dlatego też z ulgą przywitaliśmy zdarzenie, które ciszę przerwało. W pewnej chwili powiew wiatru szarpnął drzwiami przybytku, otwierając je na oścież. Stanął w nich mężczyzna intrygujący.
Podstarzała śpiewaczka nieudolnie przebrana za Cygankę zamilkła, a głowy biesiadników na krótką chwilę zwróciły się w jego kierunku.
Właściciel, opasły Grek przepasany białawym, poplamionym fartuchem, z głośnym narzekaniem rzucił się do drzwi i je zamknął, a wtedy w knajpie na nowo zapanowała kakofonia dźwięków: rozmowy prowadzone przy stolikach, pijackie bełkoty i pokrzykiwania, a wszystko okraszone popiskiwaniem fałszywej Cyganki.
Przybysz, na oko Hiszpan w wieku trudnym do określenia, nosił szczeciniastą bródkę i sfatygowany strój, który wydał mi się jednocześnie staroświecki i groteskowy. Nogawki bufiastych górą spodni ściśle opinały kościste kolana i chude łydki, z cherlawych ramion spływała czarna peleryna, a na głowie siedział również czarny, fantazyjny kapelusz. Mężczyna zatrzymał się na chwilę, rozejrzał wokoło szybkim, jakby ptasim spojrzeniem, po czym ruszył w naszym kierunku.
– Witajcie, szlachetni panowie – oznajmił i zgiął się w ukłonie, zamiatając kapeluszem pył z podłogi.
Chudy Bill nie poznał się na wyrafinowanej grzeczności. Zmarszczył czoło i patrzył Hiszpanowi w oczy, gotowy do ataku.
– Witaj, szlachetny panie – odpowiedziałem czym prędzej, zawstydzony niedostatkiem naszych manier.
– Saluti! – wrzasnął Giovanni Gąba, a Marokańczyk tylko się uśmiechnął, ukazując przy tym wielkie, białe zęby osadzone w silnych szczękach.
Następne słowa przybysz skierował do wszystkich, spoglądał jednak w moim kierunku, jakby zauważył moje zakłopotanie.
– Jestem Esteban Manuel da Silva, hiszpański szlachcic wysokiego rodu, w poszukiwaniu ciepła, jadła i miłej kompanii.
– Wszystko to możemy ci ofiarować! A i napitek się znajdzie – wyrwało mi się zanim zdążyłem się zastanowić. Chciałem, żeby Esteban pozostał z nami.
– Dziękuję ci młodzieńcze. Chętnie skorzystam z zaproszenia – uśmiechnął się grzecznie.
Usiadł obok mnie, kapelusz kładąc na stole. Poły peleryny odrzucił na plecy, co nadało mu wygląd kruka w locie.
– Coś ty za jeden? – zainteresował się Gąba.
Pytanie było cokolwiek obcesowe, ale Hiszpanowi to nie przeszkadzało. Odpowiedź miał krótką i gotową.
– Handluję emocjami.
– Trudny fach sobie obrałeś – pokiwał głową Marokańczyk – Ale dobrze trafiłeś. Dziwek tu mało i przechodzone, wino podłe, burd już się wszczynać nie chce. Wygląda na to, żeś znalazł chętnych na swój towar. Prawda koledzy?
Zgodziliśmy się z nim.
– Ile chcesz za te swoje emocje? – zapytał Marokańczyk.
– Mam coś specjalnie dla was, panowie, w sam raz dla znudzonego marynarza w listopadowy wieczór. A co do ceny – wedle waszego uznania.
Uznaliśmy, że to uczciwa cena, zamówiliśmy więc wino, oliwki i ser. Podczas gdy Esteban wzmacniał się posiłkiem, wymieniając zwyczajowe frazesy z moimi towarzyszami, wierciłem się na swoim miejscu, rozpalony wyobrażeniem zapowiedzianych emocji.
Odstawił wreszcie pusty talerz, rozsiadł się wygodnie i zaczął mówić:
,,Ta historia wydarzyła się w Sewilli, pewnie ze dwieście lat temu. W miejscu nie bez powodu zwanym Zaułkiem Wdów, mieszkała wtedy dona Klara z córką Consuelą. Klara od lat dziesięciu z okładem nosiła wdowi welon, wciąż nieutulona z żalu po stracie małżonka.
Wypada nadmienić, iż odszedł on śmiercią gwałtowną, szeptano nawet, że zginął w pojedynku czy innej bijatyce. Dona Klara oczywiście robiła co w jej mocy żeby – dla dobra córki – ukrócić te plotki.
Nieboszczyk nie pozostawił po sobie majątku, dlatego niewiasty prowadziły życie skromne i ubogie, oszczędzając na czym się dało. Pociechą i jedyną rozrywką donii Klary były praktyki religijne, w których uczestniczyła również córka, z czasem żarliwością przewyższając nawet matkę.
Dona Klara miała dwie przyjaciółki i zarazem najbliższe sąsiadki, donę Elizę i donę Agatę. Niewiasty te, również wdowy, w całej Sewilli uchodziły za przykład cnót i nienagannej przyzwoitości, surowo osądzając bliźnich, którzy – cóż – częstokroć nie dorastali do ich poziomu. Gromy, rzucane przez nie raz po raz na tego i owego, tak szerokim echem odbijały się po mieście, że zszargawszy sobie reputację trzeba było mocno się postarać, żeby choć w części ją odbudować.
Panny na wydaniu i ich matki drżały na samą myśl o krytyce ze strony donii Agaty czy donii Elizy, niweczyła ona bowiem szanse na odpowiednie zamążpójście. Złośliwcy szeptali po cichu (mówić głośno nikt się nie ośmielił), że te dwie to obrzydliwe plotkary i zasuszone prukwy, które nie grzeszą wyłącznie ze względu na brak sposobności. Dona Klara jednak starała się utrzymywać z nimi dobre stosunki. Wolała mieć te dwa smoki, chciałem rzec: niewiasty, po swojej stronie, jako że jedynym posagiem jej córki były pobożność i cnota.
A Consuela skończyła właśnie piętnaście lat i z dziecięcia przedzierzgnęła się w kobietę.
I to jaką!
Cerę miała świeżą i bielszą od świeżo udojonego mleka, usta czerwone i pełne, zęby jak perły, a oczy niczym świetliste diamenty. Krucze włosy bujną, falistą kaskadą opadały na toczone ramiona i wąską kibić – oczywiście tylko wieczorem, kiedy Consuela szczotkowała je przed snem, w dzień bowiem skromne dziewczę splatało pukle w warkocze i ukrywało przed pożądliwymi spojrzeniami pod bieluchnym, wykrochmalonym czepeczkiem.
Ukrywania wymagała zresztą większa część niezwykle ponętnych wdzięków dziewicy – biedne dziecko chodziło zatem odziane od stóp do głów niezależnie od pogody. Odparzenia, omdlenia, zlewne poty a nawet gorączkowe halucynacje – ile kosztowała ją ta skromność wiedziały tylko Consuela i jej rodzicielka!
Olśniewająca uroda córki była dla donii Klary powodem słusznej dumy, ale i frasunku. Biedna wdowa obawiała się bowiem, że z powodu pełnych podziwu spojrzeń i męskich westchnień dziewczynie może przewrócić się w głowie i ulegnie zalotom pierwszego z brzegu hołysza. Jedyną nadzieję pokładała w pobożności Consueli, która długie godziny spędzała na modlitwie, a pościła i umartwiała się z takim zapamiętaniem, aż matka musiała ją powściągać w obawie o zdrowie. Wzorowe prowadzenie się panny spotykało się z aprobatą harpii, pardon, patronek wszelkich cnót, w osobach donii Agaty i donii Elizy.
Lato przyszło gorące, jak zwykle w Sewilli. Jeszcze długo po zachodzie słońca nagrzane mury miasta parzyły w dotyku, a ciepłe noce, jedyna chwila wytchnienia od nieznośnego skwaru, zachęcały do spacerów i zdrożnych romansów. Dona Klara z trudem znosiła upały, powodowały u niej kołatania serca i zasłabnięcia. Dlatego też troskliwa córka co wieczór przygotowywała matce rzeźwiący napar, w którym wyjątkowy smak szedł w parze ze skutecznością działania – zaraz po jego wypiciu wdowa nieodmiennie zapadała w mocny, ożywczy sen.
Pewnego letniego dnia dona Klara zauważyła, że Consuela straciła właściwą sobie energię. Snuła się po domu poziewując, z podkrążonymi oczami, pobladła i zmęczona. Początkowo matka złożyła to na karb nieznośnej pogody, kiedy jednak dziewczynie nie przechodziło, a wręcz przeciwnie, z dnia na dzień wydawała się coraz bardziej ospała, zapytała, co jest tego powodem.
– Ach, mateczko – zwierzyła się niewinna Consuela – Nie wysypiam się, ponieważ nocami nawiedza mnie anioł!
Dona Klara nie całkiem jej uwierzyła. Pomyślała, że córka przesadziła z pobożnością i chyba miesza jej się w głowie. Nic nie odpowiedziała, ale postanowiła zajrzeć wieczorem do izdebki Consueli i na własne oczy przekonać się, co się tam dzieje. Jednak rzeźwiący napar, który jak zwykle wypiła z wielką ochotą, sprowadził na nią niepohamowany sen. I tak przez kilka wieczorów wciąż przekładała swoje plany, aż pewnego dnia do skromnego domku zawitały dona Agata i dona Eliza, drogie przyjaciółki we własnych, zasuszonych osobach.
Nie wpadły ze zwykłą sąsiedzką wizytą. Przybyły dać wyraz swojemu zaniepokojeniu, jako że wracając z nieszporów dostrzegły światełko w komnacie Consueli i dobiegły je stamtąd jakieś podejrzane odgłosy, jakby szepty, ale nie tylko. Zdarzyło się to ponoć nie jeden, a nawet nie dwa razy! Dona Agata gotowa była przysiąc, że widziała światełko i słyszała odgłosy co najmniej osiemnaście nocy z rzędu. Dona Eliza mówiła o dwudziestu nocach, a wynoszącą dwie noce różnicę między obserwacjami swoimi i przyjaciółki tłumaczyła trwającą dwa dni niedyspozycją donii Agaty, uniemożliwiającą jej udział w nieszporach.
Niewiasty zażądały wyjaśnień i dona Klara musiała użyć całej swojej przebiegłości żeby zrezygnowały z natychmiastowego przesłuchania Consueli w sprawie podejrzanego światełka i odgłosów. Wiedziała jednak, że wykręty nie zdadzą się na długo i będzie zmuszona udzielić przyjaciółkom odpowiedzi. A jako że była kobietą nie pozbawioną sprytu i zdrowego rozsądku, postanowiła najpierw sama sprawdzić, co porabia nocami jej córka.
Wieczorem Consuela jak zwykle podała matce napar i życzyła dobrej nocy, po czym udała się do siebie. Kiedy tylko drzwi się za nią zamknęły, dona Klara wylała przez okno napitek (któremu w innym razie nie mogłaby się oprzeć) i nie zdejmując sukni czekała, pilnie nasłuchując. Nim minęła godzina z pokoiku córki dobiegły ją ciche szepty i wzdychania, które wydawały się tak jakby nieprzyzwoite. Wzburzona chwyciła lichtarz i podkasawszy obfite spódnice ruszyła ratować cnotę jedynaczki.
Wbiegła do panieńskiej sypialni zdyszana, a to co ujrzała nieomal przyprawiło ją o omdlenie. Oto piękna Consuela, zaskoczona nagłym wtargnięciem matki, z okrzykiem przerażenia usiadła na łożu, po samą brodę okrywając się prześcieradłem. W tejże samej chwili z łoża wyskoczył nie mniej przerażony i w dodatku całkiem nagi młodzian. Na oślep miotał się po komnacie, próbując umknąć przed wzrokiem donii Klary, ale bystre oko matki bezbłędnie rozpoznało w nim czarnoskórego Anhela, pomocnika kowala.
Muskularne ciało młodzieńca pięknie połyskiwało w wątłym blasku świecy, prócz oburzenia wywołując w sercu wdowy również i inne uczucia, nie całkiem stosowne, które niegdyś wzbudzał w niej przedwcześnie zgasły małżonek. Musiała przyznać, że córka ma dobry gust, jednak ubogi, choć nienagannie zbudowany, chłopak żadną miarą nie nadawał się na męża. Zaczęła więc czynić Consueli gorzkie wyrzuty, na co tamta zalała się łzami. W sprawę wtrącił się Anhel, próbując udobruchać donę Klarę. Nie zdało się to na nic, wzburzona niewiasta zbeształa również i jego słowami, których powtarzać się nie godzi. Narobili dużo hałasu. Wystarczająco, żeby ktoś ich usłyszał. I któż mógłby to być, jak nie czujne sąsiadki, dona Agata i dona Eliza?
Na szczęście dona Klara posłyszała spieszne kroki. Domyśliła się, kto nadciąga, i z przerażeniem pomyślała, że za chwilę reputacja córki legnie w gruzach i obydwie trafią na języki całej Sewilli. Każdy przecież wie, że ludzka opinia o cnocie często jest więcej warta niż sama cnota. A chociaż cnota Consueli została już stracona, wciąż jeszcze można było ocalić jej reputację. Zatem, niewiele myśląc, dzielna wdowa uniosła spódnice i nakazała młodzieńcowi ukryć się pod nimi. Zdążył w ostatniej chwili, do pokoju wkroczyły bowiem donia Agata i dona Eliza samotrzeć, jeno w towarzystwie zestrachanej służącej, naburmuszone i podejrzliwe już z progu.
– To anioł – oznajmiła z namaszczeniem Klara – anioł nawiedza moją córkę w bezcielesnej postaci. Widzicie przecież, drogie kumy, że poza mną i Consuelą nikogo tutaj nie ma – w duchu przepraszała przy tym wszystkich świętych za wierutne kłamstwo, obiecując, że to ostatni raz.
Wścibskie kumy rozejrzały się po pokoju, lecz nie zdołały wypatrzeć śladów anioła, choć szukały nawet pod łożem. Anhel tymczasem siedział pod spódnicą wybawicielki i powolutku odzyskiwał rezon. Trzeba przyznać, że jurny był z niego młodzieniec i dość krotochwilny, czego zresztą dowiódł już wkrótce.
– Och – znienacka jęknęła gospodyni, a następnie dodała przeciągle – ach!
,,Och’’ i ,,ach’’ spowodował Anhel, który z wielką wprawą jął się za instrument za przyczyną wdowieństwa dawno zarzucony, precyzyjnie i z pasją trącając struny wrażliwe a rozkosz dające, o których istnieniu biedna dona Klara od śmierci swojego Ignacia prawie zapomniała. Spurpurowiała, drżąca od wstydu i przyjemności zarazem, chciała wołać do słodkiego gnębiciela, żeby broń Boże nie przestawał! Powstrzymywała się tylko ze względu na obecność trzech starych pokurczów, które widząc co się z nią wyrabia aż gęby pootwierały ze zdziwienia, no i Consueli.
– Anioł – zdołała wreszcie wystękać – zaszczycił mnie niegodną. Proszę zostawcie nas samych … przez szacunek … dla anioła!
Kumom nie wypadało nie posłuchać. Jak niepyszne wycofały się z komnaty, a za nimi podreptała Consuela, otulona prześcieradłem, rozczochrana i oniemiała ze zdziwienia. Stały tak we trzy (a wliczając służącą, cztery), zielone z zazdrości, przez zamknięte drzwi chciwie nasłuchując odgłosów obcowania donii Klary z aniołem. Mogły się tylko domyślać jakie uniesienia właśnie przeżywa.
I domyślały się, oj domyślały!
Każda wiele by dała, żeby znaleźć się na jej miejscu. Zresztą czyż one, najcnotliwsze w całej Sewilli, ba, całej Andaluzji, nie były bardziej godne anielskiego uwiedzenia niż dona Klara?
Zapytacie, co się działo potem.
Dokończywszy dzieła, Anhel śpiesznie umknął przez okno, a dona Agata i dona Eliza wnet roztrąbiły całą historię po mieście. Sława cnotliwej wdowy, jej pięknej córki i ekstaz przeżywanych za przyczyną anioła, rozniosła się daleko i szeroko.
Owszem, znaleźli się niedowiarkowie, podający w wątpliwość bezgrzeszną naturę nawiedzeń, jednak dona Agata i dona Eliza zażarcie broniły niewinności Klary i Consueli, twierdząc że anielskie obcowanie jest nagrodą i pocieszeniem dla niewiast wyróżniających się nadzwyczajną pobożnością i czystością obyczajów. Ręczyły za to całym swoim moralnym autorytetem, a jako najlepszy dowód podawały, że one również doznały z aniołem rozkoszy – choć niektórzy i w to nie chcieli uwierzyć.
Co się tyczy Consueli, to wkrótce szczęśliwym zrządzeniem losu znalazła małżonka, dziedzica znacznych dóbr, człowieka łagodnego i miłego, w dodatku nie zanadto rozgarniętego. Dona Klara uroniła kilka łez z powodu rozstania z córką, na szczęście miała na podorędziu anioła pocieszyciela.
Dona Agata i dona Eliza zaś, systematycznie nawiedzane, nabrały większej wyrozumiałości dla bliźnich, ku wielkiej uldze całej Sewilli.
Anioł nie zaniedbywał również Consueli. Przybywał do niej jednak wyłącznie wtedy, kiedy jej poczciwy małżonek bawił poza domem.
Tak oto dona Klara uratowała reputację córki, uciszyła wścibskie sąsiadki, i podarowała odrobinę swobody miastu i okolicy.”
Esteban skończył i przy stole zapanowała cisza.
Rozejrzałem się po kamratach. Chudy Bill ważył coś w sobie i swoim zwyczajem marszczył czoło, jakby wykonywał ciężką myślową pracę.
– Ale co ona tam miała? – zagadnął wreszcie – jakiż to instrument chowała pod spódnicą?
Marokańczyk roześmiał się, odchylając głowę do tyłu, a Giovanni, z oczami błyszczącymi od nadmiaru niewątpliwie sprośnych wyobrażeń, przysunął się do Billa i zaszeptał mu coś do ucha, a ten aż usta rozwarł ze zdumienia i zalał się krwistym rumieńcem.
– Wypijmy, zanim przyjdzie nam się rozstać – Esteban wzniósł kielich, a my poszliśmy w jego ślady – Za wdowy i ich aniołów! I za was, szlachetni panowie!
– Za wdowy! Za aniołów! Za Estebana! – piliśmy do dna.
Wkrótce pożegnał się szarmancko i zniknął w czeluściach nocy, w dziwacznej, czarnej pelerynie i kapeluszu. Miałem dziwną pewność, że nie opuścił nas na zawsze. ,,Jeszcze nas odwiedzi – myślałem – nie wiadomo kiedy i w jakiej postaci, ale wróci, z pewnością wróci…’’
Ilona Misztal