z charakterem
i bez
Były to czasy, kiedy granica między człowiekiem a zwierzęciem nie była tak jasna i bezwzględna jak teraz. W tamtym ,,ongiś” skrzydlate pegazy i ludzie przesiadywali razem w kawiarniach, z małżeństw zawieranych przez złote rybki i królewskich synów rodziły się syreny, a gadające osły wykładały na uniwersytetach. I nie była to kwestia ,,otwartości” ówczesnego społeczeństwa, a raczej sposobu myślenia wciąż nieprzeciągniętego grabiami realizmu. Baśniowa menażeria mogła sobie hasać po szerokim świecie, nie niepokojona pytaniami w rodzaju: a kim ty (ogrze/ wróżko/ krasnoludzie) właściwie jesteś?
Owszem, zdarzało się, że pani albo pan żachnęli się ze zdziwieniem na widok nietuzinkowego, międzygatunkowego weselnego korowodu i szepnęli słówko do czyjegoś ucha po lewej czy prawej. Mogli sobie szeptać, ale nie miało to wpływu na najwyższe prawo, któremu wszyscy: ludzie, zwierzęta i baśniowe stwory, podlegali. Prawo szczęśliwego zakończenia.
Historie musiały się toczyć dopóty, dopóki rozdzieleni kochankowie nie stanęli przed ołtarzem, zreedukowany bazyliszek nie wylazł, osłaniając oczy przed światłem, ze swojego ponurego lochu, a wnętrzności smoka karmiącego się dziewiczymi ciałami cór zacnych kupieckich rodów nie rozrzucono – ku uciesze gawiedzi – po miejskim rynku.
W tamtych czasach łatwiej się żyło wszelkiej maści odmieńcom, kuglarzom, dziwolągom i pokrakom. Nikt się za nimi nie oglądał, dzieci nie uciekały z krzykiem na widok cudo-ptaków, uszatych elfów, kosmatych faunów czy hodowanych w doniczkach maleńkich, wonnych Calineczek.
Z drugiej jednak strony ta płynność granic rodziła problemy, zwłaszcza w przypadku dzieci z mieszanych związków, których status był dość niejednoznaczny. Etycy, filozofowie, antropolodzy, teologowie, a szczególne zażarcie prawnicy, toczyli niekończące się spory i dysputy, niekiedy posuwając się do prostackiego wtłaczania swoich argumentów w zakute łby adwersarzy przy pomocy pięści, kopyt i łap. Aż do happy endu, który nie następował, ponieważ każdy wyobrażał go sobie inaczej.
Trzeba przyznać, że było nad czym się zastanawiać i o co się spierać, bo czy na przykład taki książę–żaba, nieduży owoc przelotnego romansu księżniczki z zielonym jazzmanem z parkowej sadzawki, kumkacz po ojcu, następca tronu po matce, był w stanie twardą, hm, łapką rządzić rozległym królestwem?
Z uwagi na niewielkie rozmiary trzeba go było – odzianego w malusieńkie, zbytkowne stroje – nosić na poduszkach w jedwabnych, różnokolorowych poszewkach (które jednak nie mogły być zielone). Wynikł z tego zresztą nieoczekiwany problem terminologiczny: jaki tytuł wymyślić dla osób pełniących zaszczytny obowiązek transportowania następcy tronu z miejsca na miejsce? Tytuł musiał być odpowiednio godny, ponieważ bądź co bądź chodziło o księcia, a nie worek (czy raczej ,,woreczek”) mąki, no i wybierano do tego zadania nie byle parobczaka z dworskiego gumna, a potomków znamienitych rodzin, młodzianków wiernych i walecznych, najchętniej niedominującej postury.
Nazwę ,,nosiciele” odrzucono od razu, ponieważ uwłaczająco kojarzyła się z przenoszeniem ciężkich chorób. Podobnie sprawa się miała z ,,tragarzami” – to słowo, pochodzące od ,,targania”, czyli niesienia czegoś z wysiłkiem, sugerowało, że następca tronu jest bezwolnym ciężarem, a jego towarzysze pochodzą z niskich warstw społecznych.
Lansowana przez kręgi swobodne obyczajowo, oburzająca nazwa ,,chłopcy do poduszki”, upadła w atmosferze skandalu, tak samo zresztą jak ,,opiekunowie poduszek”. Impas przełamała dopiero propozycja z grona najświatlejszych tęgogłowych, z niejaką ulgą zaakceptowana przez królową matkę i znudzonego całą sprawą księcia. Jego młodziankowie mieli odtąd posługiwać się tytułem ,,strażników poduszki”.
Sprawę poduszek udało się zatem szczęśliwie rozwiązać, za to kwestia szczególnych upodobań kulinarnych księcia okazała się prawdziwym węzłem gordyjskim. Otóż podczas posiłków, nie zważając na obecność najdostojniejszych gości i ignorując pyszniące się na stole arcydzieła sztuki kulinarnej, wysuwał on swój długi jęzor żeby łapać muchy, a następnie pożerać je z pełnym ukontentowania mlaskaniem. Czy tak zachowuje się przyszły władca? W obecności ambasadorów, arcybiskupów i arcyksiążąt?
Jakie czasy, tacy bohaterowie – i takie problemy, chciałoby się rzec.
Wtedy właśnie zdarzyła się miłość, na którą dzisiaj zapewne nie byłoby miejsca i społecznego przyzwolenia. Odsuwalibyśmy się od niej z oburzeniem, być może piętnując ją słowami ostrymi jak kamienie. A wszystko zaczęło się w książęcej stajni.
Następca tronu kochał konie: pełnej krwi rumaki z cudownie zarysowanymi, mocarnymi mięśniami pod jedwabistą skórą, wielkookie klacze z bujnymi grzywami. Kazał nosić się do ujeżdżalni, gdzie rozstawiał maleńkie sztalugi, pędzle i palety, po czym długie godziny przypatrywał się koniom: galopującym, idącym stępa, stającym dęba, opędzającym się od owadów.
Pragnął je malować, uchwycić ich urodę i siłę, oddać płynność ruchu i swój zachwyt – nigdy jednak nie udawało mu się zrobić choćby jednego pociągnięcia pędzlem. Nie wiadomo dlaczego, może do malowania koni nie miał po prostu talentu?
Chociaż książę-żaba nie przyznałby się do tego, to jednak bolał nad swoimi ograniczeniami. Ktoś inny w takiej sytuacji zrezygnowałby z podejmowania frustrujących wysiłków, i książę również nie raz postanawiał, że skoro nie potrafi odnieść sukcesu, to porzuci pędzle a wraz z nimi los nieudanego pacykarza. Jednak nigdy nie udawało mu się wytrwać w tym postanowieniu i wiedziony wciąż żywą acz płonną nadzieją wskakiwał na swoją poduszkę i kazał się nieść na maneż. Tam nieodmiennie doznawał rozczarowania i umykał, zdegustowany i rozczarowany, aż do następnego razu. Ci, którzy go bliżej znali, współczuli mu obserwując ten pełen wewnętrznej męki, powtarzający się cykl. Biedny książę w żaden sposób nie mógł doznać ukojenia, nieszczęśliwy zarówno wtedy kiedy nie malował, jak i wtedy, kiedy usiłował to czynić.
Co do Gwiazdeczki, znanej również jako Stella, sprawa była prosta: przyszła na świat jako jedna z wielu klaczy urodzonych w książęcych stajniach. Nie było w niej nic niezwykłego, i chociaż dobrze się prezentowała ze swoją czarną jak grudniowa noc sierścią i jedną jedyną białą plamką w kształcie gwiazdki na zadzie, to nie gadała, nie posiadała żadnych magicznych przymiotów, a wśród jej przodków były wyłącznie konie. Ani jednego, najmarniejszego pegaza, nie wspominając o ludziach. Poza tym Gwiazdeczka miała łagodne usposobienie, lubiła owies i brykanko na łące – jak zdecydowana większość młodych klaczek.
Stajenny natomiast pojawił się nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy.
Książę w przypływie szału próbował później odkopać w pałacowym archiwum dokumenty wiążące się z jego zatrudnieniem. Nie udało mu się to, wszystko jakby zapadło się pod ziemię, a przepytywani gryzipiórkowie nabrali wody w usta, mocno trzęsąc przy tym portkami. Być może ci, którzy najęli chłopaka, zniszczyli papiery w obawie przed gniewem następcy tronu. I to zapewne również oni nakazali swoim podwładnym milczenie. Nic nie dało się zrobić, a książę, który czuł że popada w śmieszność upierając się przy takiej błahostce, ochłonął i zaprzestał poszukiwań. Nie dowiedział się, kto sprowadził stajennego na dwór, wciąż jednak pamiętał dzień, w którym pierwszy i ostatni raz ujrzał jego i Gwiazdeczkę razem.
Trzymał wtedy różę w zielonej łapce. Ogrodnik przysłał mu ją z samego rana, chcąc się pochwalić kwiatem wyhodowanym wbrew prawom natury w połowie listopada. Mały książę co jakiś czas zanurzał nos w płatkach, delektując się jej zapachem. Tamtego dnia miał wyjątkowo dobry humor. Kazał się zanieść na maneż bez sztalug i pędzli, postanowił bowiem po prostu nacieszyć się końskim pięknem.
Umoszczony wygodnie na jednej ze swoich poduszek sycił zmysły nie myśląc o niczym szczególnym, kiedy stajenny wyprowadził Gwiazdeczkę. Klacz zdenerwowała się trochę, a wtedy on ujął jej pysk w dłonie i zbliżył do niego swoją twarz. Szeptał coś prosto w parujące chrapy dopóki się nie uspokoiła. Wtedy osiodłał ją łagodnymi, powolnymi ruchami, nie przestając do niej przemawiać, a potem jej dosiadł.
Okraczywszy ciepłe ciało Stelli udami ze stali ujeżdżał ją publicznie, a ona szła pod nim jak natchniona. Księciu wydało się to nieprzyzwoite i wspaniałe. Nagle okazało się, że róża, którą nieco za mocno ściskał w delikatnej łapce, ma więcej cierni niż pachnących płatków, więc odrzucił ją, jakby zaczęła go parzyć.
Pałającymi oczyma chłonął widok stajennego na Gwiazdeczce; chłopak był topornym, krępym siedemnastolatkiem z jasnym wiechciem na okrągłej głowie, a ona, cóż, kobyłą. Jednak razem, złączeni w galopie, stanowili żywe dzieło sztuki, pełną ekspresji taneczną figurę. Tworzyli piękno.
Jakże to, myślał urażony książę, ten prostak kreuje mimochodem, nawet nie wiedząc na czym w istocie polega ten akt. Nie potrzebuje sztalug ani pędzli, uczonych dywagacji, ani pozy przybieranej po to, żeby przypadkiem nie pozostać niezauważonym. On nawet wysłowić się nie umie, a gdyby ktoś mu powiedział, że jest artystą, rozwarłby tę swoją nieuczoną, chamską gębę ze zdumienia. – Panie, jaki tam ze mnie artysta – odrzekłby mnąc czapkę w brudnych łapach – ja tu ujeżdżam i wsio.
Księcia trawiła gorzka zazdrość. Tak, przez krótką chwilę próbował wmówić sobie i swojemu otoczeniu, dworskim służalcom i przydupasom różnej rangi, jak również perypetariuszom z rozkazu matki spisującym jego dzieła i życie, że wtedy, na maneżu, pokochał Stellę. Ale to była bzdura, w którą sam nie wierzył, kierowała nim tylko i wyłącznie zazdrość – czy w innym razie nakazałby zaraz po obiedzie, podczas którego obsesyjnie łowił muchy i układał je, nietknięte, na porcelanowym talerzu, przegnać stajennego na cztery wiatry?
Wpółukryty za muślinową zasłoną w wysokim oknie swojej sypialni obserwował jak nieszczęśnik wychodzi ze skromnym tobołkiem ze stajni, żegnany rozpaczliwym rżeniem Gwiazdeczki. – Nie rżyj, ukochana – fałszywie pocieszał ją w myślach, wąchając flakon z perfumą – ja ci to wszystko wynagrodzę.
Dobrze wiedział, że właśnie zniszczył jej skromne szczęście: chłodne poranki na padoku, dotyk czułych dłoni i silnych ud stajennego, kostki cukru, które przynosił. Och, mógł jej zapewnić kilogramy cukru czy marchwi, ale jedyne uda, jakimi mógłby ją okraczyć, były po prostu żabimi udkami, zaś jedyne dłonie, którymi mógł ją czule głaskać– zielonymi łapkami.
Dobrze wiedział, że nie kierowała nim miłość, czy choćby namiętność: był zbyt wyrafinowany, arystokratyczny, zbyt cywilizowany (no i zbyt drobny) na takie prymitywne pasje, w dodatku względem kogo? Dobrze fizycznie uposażonej klaczy?
Trudno byłoby mu się do tego przyznać, ale kierowała nim zazdrość, żółta wiedźma, która podle sobie z nim pogrywała, stawiając przed nos cudze sukcesy. Dlatego wmówił sobie, że w postaci Gwiazdeczki niebiosa zesłały mu szansę na Wielkie Dzieło, Tak, sportretuje ją jako ją – i jednocześnie summę wszystkich klaczek. Nada formę swojej hippicznej fascynacji. I to formę uniwersalną, przemawiającą z porażającą siłą wyrazu – choć nie do końca jeszcze wiedział, co to miał być za wyraz.
W jego rozgorączkowanej głowie plotły się najdziksze fantasmagorie, aż cały drżał z podniecenia. Wreszcie, po latach jałowej niemocy, miał szansę złapać tę przechodzoną dziwkę, Sztukę, za nabrzmiałe wymiona i doić, doić do bólu. W marzeniach widział tłumy na swoich wystawach, piejących z zachwytu krytyków, perypetariuszy przepychających się po wywiady. I siebie: skromnego, tajemniczego, małomównego. Unikającego rozgłosu. Pozwalającego, by przemówił obraz, nie słowa.
Pragnął tego ponad wszystko, a jednocześnie bardzo się bał. Uda się? Czy też czeka go spektakularna klęska, po której chichot historii będzie go prześladował aż do końca świata? I nic na to nie poradzi nawet najsprawniejszy, najbardziej zakłamany perypetariusz ze sfory królowej matki.
W takim stanie ducha udał się z wizytę do ojca. W zamian za dyskrecję odnośnie łączących ich niegdyś relacji, no i ponieważ tak wypadało, królowa wyniosła go do godności markiza de Pond i podarowała parkową sadzawkę, przy której rozkwitła i zaraz zgasła ich miłość. Oficjalnie nikt nie wiedział, która konkretnie żaba spłodziła następcę tronu, była to jednak tajemnica poliszynela.
Markiz de Pond, saksofonista, zmontował jazzband, który co sobota grywał zwyczajną, wesołą muzykę na potańcówkach przy stawie, na które przychodziły rozmaite stworzenia szukające dobrej zabawy.
Książę rzadko odwiedzał ojca: zwykle w listopadzie, tuż przed zimową hibernacją markiza na dnie stawu i na wiosnę, kiedy rozespany rodziciel wychylał się z wodnych odmętów. Lubił z nim rozmawiać, ponieważ ojciec szanował słowa, używał ich z namysłem i nie trwonił na gadanie o byle czym. I nie uchylał się od odpowiedzi nawet na trudne pytania. Książę zapytał go kiedyś o jego romans z królową. – Siadała nad brzegiem i słuchała mojego kumkania – powiedział ojciec – aż pewnego dnia mnie pocałowała, bo chciała zmienić mnie w księcia. Ale ona zaszła w ciążę, a ja pozostałem żabą. Nie wyszło nam. Po prostu.
Mały książę odprawił strażników poduszki i wraz ze zgromadzonym tłumkiem wysłuchał krótkiego koncertu, którym markiz de Pond i jego przyjaciele jak co roku żegnali letni sezon. Kiedy po nagrodzonym hucznymi owacjami występie wszyscy rozeszli się do swoich zajęć, usiedli razem, ojciec i syn, na poduszce pozostawionej przy stawie przez gorliwego strażnika i zapalili. Długo milczeli, ciesząc się chwilą i swoim towarzystwem. – Tato – książę trochę nieskładnie wydusił wreszcie z siebie pytanie, z którym tu przyjechał – jak ty to robisz, że grasz. Jak ci się to udaje? – Cóż – odparł po namyśle markiz – po prostu biorę saksofon i dmucham co sił.
Była to odpowiedź trochę rozczarowująca. To nie może być aż takie proste, myślał książę, ale – kto wie, może właśnie było? Pożegnał się zatem z ojcem, życząc mu miłych snów. Mieli się zobaczyć na wiosnę – książę zamierzał do tego czasu ukończyć portret Gwiazdeczki i zdobyć uznanie i sławę.
Kazał przygotować sobie pracownię. Wszystko miało być tak, jak lubił i służyć skupieniu i sztuce. Zażądał świeżych kwiatów i lekkich przekąsek, a podłogę pracowni polecił pokryć grubą warstwą trocin. Wymiatano je skrupulatnie po każdym dniu pracy, a podłogę myto dwukrotnie, za drugim razem wlewając do wiader z wodą flakony najwykwintniejszej perfumy. Książę – chociaż się tego wstydził – chciał w ten sposób zagłuszyć naturalny koński zapach, który przyprawiał go o mdłości. Odstręczała go również myśl o potrzebach fizjologicznych Gwiazdeczki, które klaczka, niezdająca sobie sprawy ze swojego uwznioślenia jako muzy, załatwiała zwykłym końskim sposobem.
Wpadł więc na pomysł – a może ktoś mu to podpowiedział – że zamówi dla niej czaprak. Nie jakiś zwykły kawałek flaneli, który wkłada się pod siodło żeby chronić przed obtarciem koński kark i boki. Ten czaprak miał być wyjątkowy: uszyty z połyskliwego, czerwonego jedwabiu, opadający bogatymi fałdami aż do ziemi, cały w falbanach, niczym spódnica do flamenco. No i miał stanowić swego rodzaju kurtynę, dyskretnie skrywającą przed obserwatorami procesy wydalnicze klaczki.
Kiedy pierwszy raz zarzucono go na Gwiazdeczkę, rzuciła się do ucieczki. Parobek który zajmował się nią teraz, po odejściu stajennego, mocno przytrzymał ją za uzdę i klepnięciem w kark zmusił do pozostania w miejscu. Zrozumiała i odtąd stała posłusznie, z nisko zwieszonym łbem i oczami pozbawionymi ognia. Nie buntowała się przeciwko idiotycznemu kostiumowi, w który ją obleczono, chociaż krępował jej ruchy. Okazała się pospolitą, przestraszoną klaczą i książę, jeszcze niedawno tak nią zauroczony, teraz czuł się coraz bardziej rozczarowany.
Ach, myślał ze zniecierpliwieniem, co ja takiego w niej widziałem?
Być może nawet i rzuciłby w diabły swoje artystyczne zamysły, jednak okoliczności wymuszały na nim dalsze prace nad dziełem. Codziennie odwiedzali go żądni sensacji perypetariusze. Wręcz spijali słowa z jego żabich ust, wypytywali o postępy, chcieli poznać jego zdanie na przeróżne dziwne tematy, jak na przykład ile maksymalnie wzrostu można mieć, żeby zaliczać się do krasnoludów, a później zamieszczali hołdownicze artykuły i przemądrzałe wywiady w ogólnokrajowej prasie.
Już wkrótce książę – żaba stał się celebrytą swoich czasów. Sprawił sobie ekstrawaganckie stroje od modnego igłomajstra, na szyi nosił ciężki złoty łańcuch z wisiorem w kształcie konia i gdziekolwiek się nie pojawił, niesiony na jednej ze swoich luksusowych poduszek, podążały za nim chmary czołobitników. Wieczorami w towarzystwie zblazowanych piękności chadzał do modnych klubów, gdzie sporo się piło, mało jadło, odurzało korzeniem mandragory i wygłaszało nadęte dyrdymały o Sztuce. To wszystko zajmowało okropnie dużo czasu i było niezwykle wyczerpujące – ale cóż, wizerunek bon vivanta, skandalizującego artysty i bożyszcza tłumów sam się nie zrobi.
Wyznaczony termin uroczystej premiery dzieła zbliżał się tymczasem wielkimi krokami. Książę robił się coraz bardziej nerwowy, zamykał się w pracowni na klucz i nie wpuszczał do niej nikogo prócz kilku najbardziej zaufanych poduszników, którzy jednak musieli stać odwróceni tyłem do obrazu. W nocy nieukończonego dzieła pilnowali zbrojni, a ponieważ strzeżono go tak zazdrośnie, wkrótce po całym królestwie zaczęły krążyć plotki.
W mordowniach i na salonach, przyciszonym głosem opowiadano sobie historie, mniej lub bardziej niedorzeczne: że książę chla na umór, że zaprzedał się ciemnym mocom i codziennie spółkuje ze swoją modelką, że obraz został namalowany, ale Gwiazdeczka w przypływie furii strzaskała go kopytami, a nawet – i to już było naprawdę paskudne – że książę nie potrafi sam namalować choćby kreski i wynajął włoskich pacykarzy, którym płaci okrutne pierdyliony dutków. Wszystko to oczywiście wierutne kłamstwa, ale prawda wcale nie była lepsza.
Mówiąc wprost, książę coraz wyraźniej czuł, że sobie nie radzi. Próbował coś z tym zrobić: najpierw zredukował rozmiar płótna, tłumacząc samemu sobie, że mniejszy obraz nie będzie aż tak przytłaczający dla widza. Niestety, rozwiązując jeden problem, stworzył kolejny: jak na obrazku o wielkości dwóch znaczków pocztowych upchnąć całą klacz w falbaniastym czapraku? Długo się nad tym głowił, próbując i od przodu i od tyłu, aż wreszcie – po konsultacji z najznamienitszymi pędzlarzami i inną profesurą od sztuki – znalazł wyjście.
Kiedy nadszedł z napięciem wyczekiwany przez naród dzień premiery, książę był gotowy. W głowie dudniło mu od ekscytacji, a zielone ciałko przebiegały dreszcze: na przemian lęku i radosnego podniecenia. Obraz – szczelnie zakryty szarym suknem – umieszczono w największej z pałacowych sal, gdzie zgromadziły się tłumy gości krajowych i międzynarodowych. Stosownie wystrojeni i nadęci, przechadzali się rzucając okiem a to na ozdobne sklepienia, a to na wyfroterowaną na wysoki połysk podłogę, jedli tartinki z łososiem, popijali schłodzone białe wino i przyciszonymi głosami wymieniali bardzo kulturalne uwagi – a wszystko to oczywiście za państwowe pieniądze, zdefraudowane buchalterskim mykiem z budżetu dotacji celowych dla personelu żebrzącego.
Aż wreszcie zadęto w trąby, a tłumy rozstąpiły się na ten znak niczym wody Morza Czerwonego, dając przejście królowej matce i Artyście. Do niesienia poduszki wybrano najwyższego ze strażników; kroczył dostojnie, podnosząc ją wysoko nad głową, a księciu aż brakło tchu z uniesienia (i troszkę z lęku wysokości). Miał wrażenie, że płynie przez ocean zbałwanionych, tęczowych atłasów i aksamitów, szumiący pomrukiem zachwytu.
Matka zasiadła wreszcie na swym tronie, a poduszkę z księciem umieszczono na wysokim stolcu nieco z przodu, żeby podkreślić, kto jest głównym bohaterem uroczystości. Siwowłosy ceremoniarz w kilku zręcznych zdaniach podsumował dotychczasowe osiągnięcia księcia (na to akurat wystarczyło jedno zdanie), przypomniał historię powstania dzieła, które za chwilę mieli ujrzeć, po czym poprosił o wypowiedź dostojnego Autora. – Najważniejsze – krygował się książę na swoim wysokim stolcu – jeżeli chce się dobrze zrozumieć dzieło to pamiętać, że to pars pro toto.
Po czym skinął łapką i opuszczono zasłonę. Zamknął oczy, czekając na szmer zachwytu, brawa, a może nawet okrzyki. Nie doczekał się jednak – zgromadzeni nagle umilkli, jak gdyby ktoś odłączył ich od zasilania. Dziewuszka z cienkimi blond warkoczykami, która odezwała się pierwsza, nie mówiła głośno, jednak w tej ciszy wszyscy wyraźnie ją usłyszeli. – Mamo – pisnęła wysokim głosikiem – przecież to pupa konia!
Speszona matka próbowała coś jej wyjaśnić, czy choćby uciszyć, ale było już za późno. Wszyscy widzieli, że mała miała rację: ,,pars pro toto” było uwiecznionym na wieki kobylim zadem z białą gwiazdką na lewym pośladku, okolonym czymś co wyglądało jak tandetna zasłonka, a było zadartym w górę czaprakiem. W jednej chwili tłum podchwycił zdanie wypowiedziane przez sześcioletnią Hanusię, przekazując je jeden drugiemu z zatykaniem ust, z chichotem, z niepohamowanym śmiechem, od którego czerwieniały policzki, trzęsły się brzuchy, a z oczu leciały łzy.
Pars pro toto! – zaśmiewali się ministrowie i kardynałowie. Końska dupa! – rżeli z uciechy lokaje, wypuszczając z rąk tace z tartinkami i kieliszkami. Nawet sędziwy, sztywny ceremoniarz rechotał zgięty w pół.
Książę chciał tylko wydostać się z sali, która miała być miejscem jego tryumfu, a stała się sceną najokropniejszego poniżenia. – Wychodzimy! – wrzasnął do podusznika. Ten, krztusząc się od skrywanego śmiechu, nie bacząc na przestrzeganie jakichkolwiek form i zachowanie godności, bez ceremonii złapał pod pachę książęcą poduszkę i pędem wybiegł z nią z pomieszczenia.
Następne dwa dni książę spędził zabarykadowany w swojej sypialni. Odmawiał jedzenia i picia w nadziei że wkrótce dokona żywota, i nie będzie zmuszony wyjść i mierzyć się ze swoją kompromitacją. Jak miał żyć po czymś takim? A przecież miał nie tylko żyć, ale i zasiąść kiedyś na tronie. Nigdy mu tego nie zapomną, tego był pewien.
Pogrążał się w przykrych rozmyślaniach, ciągle mając przed oczami nieszczęsny koński zad, kiedy w sypialni nie wiadomo skąd pojawiła się królowa, szeleszcząc gniewnie spódnicami – Dość tego – oświadczyła – za długo ci pobłażałam. Jesteś jak twój ojciec: kiedy robi się trudno, uciekasz. Żadnej odpowiedzialności!
– On nie uciekł – słabo zaprotestował książę – po prostu wam nie wyszło.
– Tak ci powiedział? – wycedziła królowa – Sprzedał ci bajeczkę jak to kumkał sobie nad stawem? Zwiał kiedy się dowiedział, że zostanie ojcem. Zamiast trwać przy mnie, zająć się dzieckiem i królestwem, wolał siedzieć w sadzawce, dmuchać w saksofon i urządzać te swoje … potupajki. Jutro chcę cię widzieć na posiedzeniu rady.
I wyszła, zostawiając syna z tysiącem niezadanych pytań. Czuł się jak samotne drzewo, które odarto z kory złudzeń. Już nic nie wiedział, na niczym się nie znał. Otaczała go pustka. Zanurzył się w niej cały, aż po czubek głowy, i znienacka pomyślał, że to dobrze. Zdziwił się tą myślą, ale miała sens: swoją pustkę mógł teraz wypełnić czym tylko chciał.
Następnego dnia rada na próżno na niego czekała. Mały książę nie pojawił się ani tam, ani nigdzie indziej. Ludzie gadali, że podobno bardzo się zmienił, dużo podróżował i widziano go na odległych planetach. Mówili, że jego historia miała szczęśliwe zakończenie … ludzie plotą co im ślina na język przyniesie, a może to wcale nie był on, tylko jakiś inny mały książę?
Ilona Misztal