FOTORADAR

Poniższy tekst stanowi przechwycony przez personel medyczny list pensjonariusza Szpitala Psychiatrycznego w Ch., do nieistniejącej instytucji, określanej przez pacjenta jako Rejestr Zdarzeń Niewyjaśnionych i zajmującej się zbieraniem informacji o wydarzeniach wykraczających poza ,,zwykłe” funkcjonowanie świata.  Dokonany przez pacjenta opis w części dotyczącej zajść na stacji benzynowej w ogólnym zarysie dobrze odpowiada rzeczywistemu przebiegowi zdarzeń, co jest zaskakujące zważywszy na jego ówczesny stan.

,,Jakby mnie kto pytał, za co tu siedzę, to powiem, że za wolność.  A ten list to popierniczona historia mojej walki z popierniczoną rzeczywistością.

Dnia (zamazane) jechałem swoim samochodem z miejscowości (zamazane)  do (zamazane) , gdzie wtedy mieszkałem.  Jechałem zgodnie z przepisami, prawie że nie przekroczyłem prędkości, ale złapał mnie fotoradar.  Wiedziałem, że będzie mandat i wnerwiłem się trochę, bo z kasą było cienko.  Pracowałem jako mechanik, wynajmowałem kawalerkę i miałem jeszcze dziewczynę na dojazd.  Więc w takiej sytuacji każdego by trząchło.

A potem, ledwo co dwadzieścia kilometrów ujechałem, znowu mnie cyknął.  Fotoradar.  Każdy by się wkurzył, bo drugi mandat jednego dnia za to samo to dręczenie obywatela.  Więc zatrzymałem auto, wyciągnąłem linkę holowniczą i obwiązałem fotoradar, a potem ruszyłem i na dwójce, powoli wyrwałem cholerę z ziemi i zaholowałem do domu, bo nie wiedziałem, co innego miałbym z nim zrobić.

Mieszkałem w kawalerce niecałe 30 metrów, a łazienka taka malutka, że na sedesie, jak się chce trochę nogi wyciągnąć to drzwi do kibelka nie da rady zamknąć.  Wspominam o tym braku miejsca gdyż początkowo jak już fotoradar wciągnąłem do środka, to chciałem go rzucić byle gdzie, z zamiarem zniszczenia, ale ze względu na ten brak miejsca i że się nie odważyłem wystąpić przeciwko władzy państwowej poprzez niszczenie mienia, postawiłem sprzęt w kącie, oparty o ścianę, w pozycji mniej więcej pionowej.  Zaraz też poszedłem spać bo byłem całkiem zrąbany.

W nocy wstałem na siku.  Po omacku doszedłem do wucetu i spuściwszy boksery oddawałem mocz.  Nie fatygowałem się zamykać drzwi – raz że ciasnota, drugie że byłem sam.  Kiedy byłem w trakcie, fotoradar z cichym odgłosem, coś jakby ,,wiuu…”, przekręcił aparat w moją stronę, nacelował i pstryknął zdjęcie.  Wydawało mi się to całkiem odjebane, uznałem, że to jakiś sen popierdolony na maksa, więc tylko podciągnąłem gaciole i podszedłem do lodówki.  Wyciągnąłem piwko i otworzyłem butelkę. Ledwo przytknąłem ją do ust i wziąłem może jeden łyk, kiedy fotoradar znowu ,,wiuu…”,  nacelował i pstryknął.

To już było całkiem odjechane, ale o trzeciej nad ranem nie takie rzeczy człowiekowi się wydają, więc tylko krótko się poniepokoiłem i zaraz poszedłem spać.  Rano wstałem późno i spieszyłem się do pracy, ale zdążyłem zauważyć, że na podłodze przy fotoradarze coś leży.  To były dwie foty, które drań strzelił mi w nocy: w kibelku i przy lodówce.  Zmroziło mnie, ale za bardzo nie miałem czasu na rozkminę.

Jak wróciłem z roboty, to jakoś tak podświadomie starałem się zachowywać, żeby mnie na niczym nie przyłapał, w szczególności zamykałem się w kibelku i nie wypiłem piwa, chociaż mnie skręcało.  Trochę ogarnąłem bo miała przyjechać narzeczona, ale co i rusz zerkałem na fotoradar, czy mu się podoba moje zachowanie.  Cały czas kombinowałem, o co chodzi i  dlaczego mi cykał foty.  Różne rzeczy przychodziły mi do głowy, nawet że fotokomórka zareagowała na ruch strugi moczu, a potem piwa.  No ale czym to cholerstwo było zasilane?  Przecież musiało jakoś być, nie?

Fotoradar tymczasem stał sobie w kącie cichutko, wyglądał całkiem spoko i znaku życia nie dawał.  Pomyślałem, że może coś jakąś siłą rozpędu zadziałało, ale na pewno się wypstrykał  – i to złudne poczucie wolności mnie zgubiło.

Kiedy przyszła narzeczona i  już jej wszystko opowiedziałem, a ona  nadziwiła się fotoradarowi, to żeśmy poszli do łóżka.  Na początku było niby wszystko normalnie, ale jak się akcja zaczęła rozkręcać, fotoradar oszalał.  Łeb tak nakierował, żeby widok mieć dobry i tylko wizgał i pstrykał bez opamiętania.  A ona na początku trochę się przelękła, a potem zaczęła się zachowywać jak jakaś normalnie gwiazda porno.

Nakręcało ją to pstrykanie, a ja flaczałem.  Zgroza.  Znam kobietę trzeci rok i nie wiedziałem, jakie z niej ziółko.  A ten żandarm ostatnie fotki jeszcze cykał jak potem paliła papierosa z wszystkim na wierzchu.  Powiedziała, że lubi takie numery, a potem wywaliła się na łóżku i chrapała do rana – a ja nie mogłem usnąć.  We łbie mi się kotłowało, bo kto i po co robił te zdjęcia?  Nie doszedłem do żadnych wniosków, oprócz tego, że jedyne co, to muszę z rana wywieźć cholerstwo w pizdu i wreszcie zasnąłem.

Rano przyszło mi do głowy, żeby go rozmontować i sprawdzić, co jest z czym połączone, gdzie idą jakie tam kabelki i czy ma jakiś przesył, znaczy dokąd idą te wszystkie zdjęcia.  Dziewczyna wyszła wcześnie, trochę zła, że jej nie zatrzymuję, ale chciałem dziadowi pozaglądać we flaki.

Pewnie bym i rozmontował, ale stało na nim wyraźnie napisane, że własność państwowa i niszczenie podlega karze, więc się przestraszyłem, bo u nas za mniejsze rzeczy ludzie siedzą.  Może lepiej zostawić – myślałem – niech już stoi w tym kącie, w końcu jak się porządnie zachowuję, to nie pstryka.  Kombinowałem, że piwo zawsze mogę przemycić pod ubraniem do kibelka i tam wypić, to może nie zauważy.  Tylko mnie trochę martwiło że nie wiedziałem, co oprócz piwa może mu się nie spodobać, więc przyrzuciłem dziada ręcznikiem żeby mu widok jakoś ograniczyć.

Byłem u mamy dwa dni wcześniej, ale znowu pojechałem –  żeby odpocząć od fotoradara.  Trochę się zdziwiła z tej wizyty, ale zaraz poleciała do kuchni, a ja rozwaliłem się przed telewizorem.

Akurat nasz baćka przemawiał. Nie bardzo słuchałem – niby gapiłem się w telewizor, ale myślami byłem przy fotoradarze.  Baćka tymczasem coś tam jak zwykle napierdzielał, ale jednocześnie wiercił mnie lewym okiem jakby mi tym okiem chciał zęba przeborować..

Już on dobrze wiedział co zrobiłem, a kiedy prawie że się do mnie wychylił z telewizora, aż się cały na wersalce skuliłem.  A wtedy on, chyba zadowolony z mojej postawy obywatelskiej pokornej i durnowatej jak powinna być, wycelował we mnie palec i zagrzmiał: ,,Ciekawe, że niektórzy nasi obywatele przypominają sobie, że są Polakami dopiero wtedy, kiedy wchodzą w konflikt z prawem”.  Oj, wiedział, wiedział  i baćkowym paluchem groził właśnie mnie.  Sprawa robiła się poważna.

Straciłem przez to apetyt i ledwo podziubałem mięso i kartofelki, które mama postawiła na stole.  Zaraz też zaczęła dociekać, co się stało, a ponieważ odpowiadałem półgębkiem, doszła do wniosku, że pokłóciłem się z dziewczyną. – Synuś, nie przejmuj się – ćwierkała beztrosko – to się jakoś rozejdzie po kościach. Może ci kotlecika dołożyć?  Smaczne takie.  Nie?  To ja wezmę.

Wymskło mi się, że się raczej nie rozejdzie i że sprawa jest polityczna, a jej aż widelec wypadł.  Cała zbladła i zaczęła mnie wypytywać co konkretnie, czy się wdałem w jakie spiski, albo inne manifestacje.  Głupio mi było matuli wyznać, że w złości ukradłem fotoradar i on mnie teraz molestuje  więc powiedziałem, że lepiej żeby nie wiedziała, bo i tak mi nie może pomóc. – Synu, matka stanie na głowie a dziecku pomoże – stwierdziła, a potem dodała – leć zaraz do Walerija.

I to był bardzo dobry pomysł.

Walerij to mój chrzestny, policjant, więc niby reżimowy, ale w porzo.  No to złapałem kurtkę, matka wetknęła mi dwie połówki wódki i poleciałem.  Trochę się zdziwił kiedy mnie zobaczył tak znienacka, a jeszcze bardziej że z wódką, ale zaprosił do mieszkania.

– Co tam u ciebie słychać?  Dziewczynę podobno masz – zagaił.

– No mam, ale ja nie w tej sprawie.

– A już myślałem, że na wesele przyleciałeś prosić.

Kiedy się wyjaśniło, że nie i że sprawa jest delikatna, wujo zakrzątnął się koło kielonków i zakąski.  Wypiliśmy ze dwie, może trzy kolejki zanim się zabrałem za gadanie.  Wujo początkowo się śmiał i nie dowierzał, ale kazałem mu się zabożyć, że nikomu nie wygada i w  tajemnicy pokazałem foty co mi tamta cholera pstryknęła.  No, bez tych łóżkowych.  Jak zobaczył i wreszcie uwierzył, to aż się na krześle podniósł i gwizdnął ze zdziwienia.

– No, no – powiedział – takich metod nie znałem.  Zaawansowana myśl techniczna … Weź no synuś polej jeszcze po jednym – i się zamyślił.

– Wujku – zagadnąłem jak już wypiliśmy – co ja mam robić w tej sytuacji?

A wujo beknął mi kiełbasiano-czosnkowo- wódczanym smrodem prosto w twarz i pyta.

– Czujesz?

– O Jezu, jeszcze jak!

– A co czujesz?

– Smród jak cholera!

– No właśnie – stwierdził – śmierdzi na kilometr.

Mieliśmy za sobą już prawie całą flaszkę, więc nie byłem pewien, czy chodzi mu o kiełbasę czy fotoradar.  Więc zapytałem, co konkretnie śmierdzi.

– Cała sytuacja. Cała ta gówniana sytuacja – orzekł i przyciągnął mnie do siebie – Cicho  -przyłożył sobie palce do ust – okazuje się, że w tym kraju nawet … – rozejrzał się w poszukiwaniu przykładu – nawet pieprzony toster może podsłuchiwać.  A zniszczysz, za demolkę posadzą.  Musi człowiek dbać o ten aparat …opresji –  intensywnie czknął czosnkiem i szeptał coraz mniej wyraźnie, tylko chwilami głos mu się podnosił, z popicia albo ze wzburzenia.

– Wujku, to co ja mam robić?

Głowę położył na stole, podłożył sobie pod nią ręce i zabierał się do spania.  Potrząsnąłem go za ramię: – Wujku!

– Albo w to wchodzisz… – wybełkotał – jak ja … Albo … musisz spieprzać.

Kiedy mama usłyszała co mi wujek doradził to nawet nie krzyczała, żeśmy się tą wódą tak sponiewierali.  Siadła ciężko na krześle i przez dłuższą chwilę nic nie mówiła.  Bałem się, że zacznie płacze odstawiać, ale ona posiedziała, a potem wyciągnęła z jakiegoś najgłębszego kąta w szafie zwitek dolarów, wcisnęła mi do ręki i kazała spieprzać.

– Mamo – płakać mi się chciało, bo matula do bogatych nie należy  – zostaw, nie potrzeba.

– Bierz.  Przyda się w obcym miejscu.

Dopiero teraz naszło na mnie olśnienie, że muszę przecież emigrować.  Do Polski, bo to najbardziej wschodni Zachód, jakby nie patrzeć.

– Jedź zaraz – mówi tymczasem matula – Jak się trochę uspokoi, wrócisz.

Posiedziałem u niej jeszcze trochę, próbowaliśmy żartować, ale nie było nam do śmiechu.

Miałem taką małą, głupią nadzieję, że jak wrócę do domu, już go nie będzie –  ale gdzie tam.  Stał w kącie i łypał podejrzliwym oczkiem.  Chyba się czegoś domyślał.  Ten ręcznik, co mu na łeb, znaczy obiektyw, założyłem, zrzucił bez problemu, no i jeszcze cyknął mi kilka fotek, chociaż starałem się nie zadrażniać.  Trudno, pomyślałem, i tak jutro wyjeżdżam.

Postanowiłem nie zabierać narzeczonej – jakoś tak mnie zniechęciła.  Zresztą, ona do roboty nieprzywykła, tylko by te pazury wielkie u kosmetyczki przyczepiała, a na wschodnim Zachodzie trzeba robić prawie jak na Wschodzie.

Tyle że rano jakżem wstał, to już inaczej myślałem. Zacząłem się łamać.  No bo i u nas da się żyć.  Nie wychylać się, nie kłapać dziobem za bardzo. Zacząłem też wątpić w wydajność aparatu opresji: tyle ludzi u nas – tłumaczyłem sam sobie – policjanta za każdym nie ustawią.  A w Polsce wiadomo co będzie?

Baćka straszy, że problemy nawet i z kaszą, pełno uchodźców i jeszcze do wojny się obdartusy popierdzielone szykują, żeby Wschód na zachodnią stronę gdzie się da poprzeciągać. To chyba wie o czym mówi, nie?

Gadałem tak do siebie, w myślach oczywiście, żeby fotoradar nie podsłuchał, no i niby wiedziałem, że baćka pieprzy trzy po trzy, ale trochę to chyba i chciałem mu wierzyć – żeby się usprawiedliwić że siedzę w gównie po uszy i nic z tym nie robię.  Żeby sam siebie przekonać, że to gówno aż takie gówniane nie jest.  W skrócie, uległy na propagandę byłem, co dopiero po czasie żem zrozumiał.

Może i bym został, ale moja dziunia zadzwoniła.  Gadamy, w sumie o duperelach, ona oficjalna.  I czuję, że coś jest nie tak, więc naciskam tak i siak, żeby powiedziała.  Aż ona mi wreszcie wywala, że ,,nasz związek przestał spełniać jej oczekiwania”.  Cholera jasna mnie bierze do dzisiaj jak se przypomnę.

– Jakich, kurwa, oczekiwań nie spełniam?! – pytam całkiem spokojnie.  A ona na to, że czego innego chce od życia niż tego wszystkiego co jej męski patriarchalny system ucisku narzuca.  Dosłownie tak powiedziała, a ja to niby organ tego ,,męskiego patriarchalnego systemu”, chociaż czym ją tak uciskałem to do tej pory nie wiem, bo zawsze robiłem co kazała.

Poczułem się jak prawie że kryminalista, zwłaszcza że nie chciałem jej zabrać do Polski, ale ona przecież  nie mogła o tym wiedzieć.  A może mogła?  Może też mnie inwigilowała?

– Jak sobie chcesz – wydusiłem i zapytałem, co konkretnie zamierza.

– Właściwie to nie twój biznes, ale zamierzam eksplorować swoją seksualność, testować granice, rzucić wyzwanie męskiej dominacji i zarabiać na tym kupę kasy.  Założę kanał na YouTube.  I zrobię sobie brokatowy tatuaż na pośladkach. Fajnie, co?

Czyli w skrócie, ma na mnie wywalone.

Próbowałem być spokojny, ale nie szło wytrzymać, więc skończyłem rozmowę nabuzowany jak jasna cholera.  Za wszystko winiłem fotoradar.  Całe mi się życie, kurde, rozpierdzieliło przez niego, a on stał w kącie z niewinną miną i tylko czekał, aż w niego walnę i zacznę kurwami rzucać, żeby mi, kurwa jego mać, fotek nastrzelać.

Zamknąłem się więc w kiblu, owinąłem rękę ręcznikiem i całkiem na spokojnie rozpiździłem sedes, a potem z uśmiechem na ustach wyszedłem, wziąłem tą swoją malutką torbę i opuściłem mieszkanie i fotoradar.  Tylko jeszcze żeby nie było tak całkiem jego na wierzchu, stanąłem na wprost przebrzydłego ryja i grzecznie powiedziałem, że jadę na zakupy do Polski.  Za dwa dni wracam – skłamałem – trzymaj się i do zoba.

Strasznie się pilnowałem po drodze, żeby mnie jaki fotoradar nie złapał.  Na granicy nie stałem jakoś długo, ale wystarczyło, żeby mi do głowy przyszły różnie straszne myśli.  Naszło mnie mianowicie takie zwątpienie i przestrach, że zaraz jak tylko wjechałem do Polski to stanąłem na poboczu i zacząłem się wszystkiego wschodniego pozbywać, co ze sobą wiozłem, jakbym nie chciał tym Wschodem Zachodu zarazić.

Najpierw wywaliłem torbę z rzeczami i komórkę, co trochę mnie uspokoiło, ale tylko na chwilę, bo przejechałem może ze dwadzieścia kilometrów i musiałem znowu się zatrzymać.

Pozbyłem się paska, potem butów, kurtki, a wreszcie całego ubrania.  Siedziałem gołą dupą na fotelu, bosymi stopami cisnąłem gaz i czułem, że to wciąż za mało, że oni śmieją się ze mnie w głos, bo ja durny myślę że mnie paskiem i majtkami szpiegują, a przecież mogli wszystkie te swoje ustrojstwa w samochód powsadzać.

No to podjechałem na stację żeby samochód zostawić.  No i fakt, goły wyskoczyłem z auta i na goło poleciałem do sklepu.  Ludzie co tam byli niektórzy się przelękli, że wariat, a inni się śmieli  – a ja przecież po prostu goniłem za wolnością, chociaż jakby się mnie wtedy kto spytał, to pewnie bym powiedział, że ze Wschodu uciekam.

Wleciałem do sklepu na stacji i od razu łapsnąłem takie patyczki drewniane do szaszłyków – a tu już ochrona się czaiła wkoło mnie.  Pytali mnie potem, po co mi były te patyczki, ale nie wierzyli, jak im powiedziałem.  A ja naprawdę chciałem wsadzić sobie ten cholerny patyczek w oko i przez oko wydłubać mózg, żeby pozbyć się zniewolenia, które mi tam wszczepili.

Ale nie dali mi nawet dobrze wyciągnąć patyczka z opakowania, tylko od raz rzucili się na mnie, cztery bysie po sto kilo każdy, przycisnęli do ziemi, obezwładnili i wezwali policję i pogotowie.  Jak ja strasznie wrzeszczałem!

– To ma być wolność?! To ma być pierdolony wolny kraj?  Zachód?  Demokracja jebana?  Że nawet sobie, kurwa, mózgu wydłubać nie można?  To po to Hitlera i Stalina żeśmy bili?

Zgoda, z tym Stalinem to się trochę zagalopowałem.

Darłem się do samego przyjazdu pogotowia, aż mi coś wstrzyknęli na zwiotczenie i uspokojenie, władowali w kaftan, okryli kocem, wsadzili na nosze i na sygnale zawieźli do psychiatryka.

Teraz czuję się dobrze, jestem spokojny i wyciszony, mam tu dobre warunki.  Chodzę na terapię zajęciową, lepię z gliny ptaszki – świergolaszki, mam sesje z terapeutą, takim starszym wąsatym wujciem co chyba trochę się mnie boi, ale ogólnie bardzo spoko.  Czasami się zastanawiam, co tam słychać u fotoradara, chociaż w sumie coraz rzadziej.

A jak się dobrze zachowuję i gadam na terapii co wujcio chce usłyszeć, to mam pół godziny Internetu raz na tydzień.

Zajrzałem raz na kanał mojej byłej.  Zdziwiłem się, bo ona też bardzo jest za wolnością.  Na tyłku sobie nawet tą wolność po angielsku wytatuowała, wielkimi brokatowymi literami. ,,FRE” – na lewym pośladku, ,,DOM” na prawym, a drugie ,,E” hasa swobodnie między pośladkami.

I proszę, okazało się, że oboje wciąż się do tej wolności próbujemy dobrać, chociaż każde z innej strony.  Czasami to mam nawet takie wstydliwe sny, w których ona daje mi się trochę, tak patriarchalnie i po męsku, wykorzystać.  Kto wie, może by i co z tego mogło być?  Jak już mnie z tego psychiatryka  wypuszczą, oczywiście.”

Ilona Misztal