bałwany lampeczki choineczki

INEZ, O INEZ NADOBNA

 

Zojka urodziła szóstego grudnia. Przez kilka godzin wrzeszczała, dyszała i parła na szpitalnym łóżku. ,,Tak musi wyglądać agonia wieloryba’’ – myślałem. I dziękowałem Bogu, że ja nie muszę tego robić.

Kompletnie oszołomiony, dostałem na ręce kocyk wypełniony czymś żywym i zaskakująco ruchliwym. Stworzenie czuwało: znad kocyka wpatrywały się we mnie oczy nieokreślonego koloru. Aż się wzdrygnąłem na ich widok. To były oczy aroganckie, bezczelne. Oczy, w których czaiło się wyzwanie.

– Piękny chłopczyk – pochwaliła położna, a ja obejrzałem się przez ramię, sądząc że mówi do kogoś innego.

Dzieciak dostał infekcji i musieli z Zojką dłużej zostać w szpitalu, a ja, wstyd się przyznać, w duchu cieszyłem się, że darowano mi jeszcze kilka dni.

Starałem się być w porządku: codziennie do nich zaglądałem, przewijałem dziecko, przynosiłem czyste, zabierałem brudne i cierpliwie wysłuchiwałem niekończących się sprawozdań dotyczących jego kup i jej problemów z laktacją.

Wychodziłem z ulgą i reklamówką pełną ciuchów, które w domu ładowałem do pralki, możliwie bez dotykania – kto normalny chciałby gołą ręką dotykać plam z krwi i mleka, choćby i własnej żony? Pralka łomotała w łazience, a ja wylegiwałem się przed telewizorem, z butelką piwa i świeżo zalaną chińską zupką. Smakowała mi ta wolność.

Wrócili w połowie grudnia i z miejsca wzięli mnie do galopu. Zojka zmieniła się w aparat do macierzyństwa, niewyspane monstrum z biustem na wierzchu, wiecznie czujne i gotowe zaspokajać młode.

Jakim tam zresztą biustem! Jej piersi, których przedtem w ,,tych’’ momentach pozwalała mi dotykać, nagle przestały być piersiami.

Przekształciły się w sutki, gruczoły wydzielnicze, które trzeba było hartować, smarować, wietrzyć i utrzymywać w sterylnej czystości, jak na przyzwoicie prowadzonej krowiej fermie – a wszystko dla dobra niemowlęcia, żeby zoptymalizować produkcję cennego pokarmu. Wielkie, przesilone i pokryte błękitnawymi żyłkami, przypominały wojskowe kochery, wrzące szybkowary na chwilę przed wybuchem.    

Młody całkowicie nad nimi zapanował i gnębił jak nieludzki okupant: ssał, bulgotał i cmokał, dopóki żółtawa ciecz nie zaczynała mu się lać po brodzie. Opity jak bąk, odrywał się na chwilę i zapadał w krótki sen, tylko po to, żeby po przebudzeniu ze zdwojoną siłą domagać się żarcia. Kilkanaście razy na dobę umierał z głodu i wyrażał to opętańczym wrzaskiem, nie ustając dopóki sutek nie trafił do szeroko rozwartej, wiecznie nienasyconej gęby.

To były akty gwałtu, popełniane na naszym łóżku, na moich oczach! Bezcześcił coś, co traktowałem tak delikatnie, z czcią i nabożeństwem.

Miałem dość. Czułem się odstawiony od zojczynej piersi i od normalności, a już najbardziej dotkliwie o trzeciej nad ranem, tej lodowatej, paskudnej godzinie, kiedy pozwala się spać nawet kurwom, a ja musiałem latać po naszych trzech pokojach z dzieciakiem na rękach, bo co noc akurat wtedy budził się z kolką.

Nie mogę powiedzieć, żebym stał się zbędny, przeciwnie, potrzebowała mnie bardzo, jako dodatkowej pary rąk do pomocy przy Nim, czegoś w rodzaju męskiej przystawki do macierzyńskiego robota. Wydawała krótkie polecenia głosowe, jakby wciskała przyciski: przewiń, wypierz, wyprasuj, a ja sprawnie odpalałem żądany program.

Przestałem jednak istnieć autonomicznie, liczyć się jako ja, Maciek, jej Maciejaszek. A przecież byłem kiedyś cudowny!

Jedynym momentem wytchnienia, wspaniałą chwilą bez pieluch i podejrzanych smrodków, była siłownia. Pod pretekstem walki z rosnącym brzuszkiem wykupiłem karnet i wymykałem się dwa razy w tygodniu, na godzinkę, dręczony poczuciem winy, bo przecież w domu noworodek i żona bez pomocy.

Ćwiczyłem w zapiekłym milczeniu, systematycznie zaliczając kolejne przyrządy, i przysłuchiwałem się błahym pogaduszkom o węglach, cardio i pilatesach. Przy wyluzowanych, sprężystych i wyspanych bezdzietnych czułem się jak ufok, zabłąkany przybysz z jakiejś, kurde, mlecznej galaktyki.

W wigilię wziąłem wolne: nie mogłem zostawić Zojki z tym całym bałaganem i dzieciakiem na ręku. Jej rodzice przyjeżdżali z Białegostoku pierwszy raz zobaczyć wnuka, a siostra z mężem i dwiema córeczkami przylatywała z Irlandii.

– Tylko niczego tam nie szykujcie, kochani – krzyczała przez telefon teściowa (połączenie było bez zarzutu i krzyczeć nie musiała, ale widać to takie popeerelowskie przyzwyczajenie) – Wszystko z ojcem przywieziemy, samo swojskie, to sobie pojecie. Będziemy na piątą, stół się rozstawi, przygrzejemy, i siądziemy o której tam wypadnie.

No i fajnie, ale właśnie dochodziła druga, rodzice z Białegostoku zjadą lada chwila, a u nas świąt ani śladu.

Zojka w uflejonej nocnej koszuli, z włosami niemytymi od tygodnia, siedziała na rozbabranym łóżku z łysym jamochłonem przy nabrzmiałym cycu, bez powodzenia starając się nasycić jego apetyt. Ja próbowałem ubierać choinkę.

– Macieeek – zajęczała, a przeciągłe ,,eee’’ zaświdrowało w moich uszach jak dźwięk syreny alarmowej. – brodawki mi popękały!

Z doświadczenia wiedziałem, że to nie znoszące sprzeciwu ,,eee’’ nie wróży niczego dobrego, tymczasem ona jeszcze podkręciła głośność, a oderwany od ukochanego sutka dzieciak dołożył swoje. Rozwijałem właśnie światełka choinkowe i wetknąłem wtyczkę do gniazdka, żeby sprawdzić czy działają. Wyglądało, że jakby tak.

– Krew mi leci! – wrzasnęła Zojka, a lampki zamrugały i zgasły z delikatnym prztyknięciem. Poszło trochę dymu i swądu, ale zostawiłem to w cholerę i poleciałem ratować kobietę.

– Gdzie ta krew? – zapytałem i w tej samej chwili zobaczyłem rozorany na pół, skrwawiony cycek żony. Nie przesadzam, włos mi się zjeżył na głowie. Nawet Jamochłon na kilka sekund przerwał swój gniewny koncert.

– Co mam robić? – spytałem, starając się nie zemdleć.

– Jedź po maść na brodawki – wydała rozkaz krzywiąc się z bólu.

– Dasz sobie radę sama? – zapytałem głupkowato i trochę obłudnie, bo po pierwsze nie było innego wyjścia, a po drugie oddałbym ostatnią parę spodni żeby uciec z tej niemowlęcej rzeźni.

Skwitowała to wzruszeniem ramion.

– Wiecznie jestem sama – wycedziła, z silnym akcentem na ,,wiecznie’’.

Pośpiesznie wrzucałem na siebie kurtkę i buty.

– Postaram się szybko obrócić – nagle przyszło mi coś do głowy. – Zojuś – zacząłem tonem przylizanego mediatora. – Może podskoczę do galerii, tam jest apteka, i przy okazji kupię lampki … – mediacje się kończyły, włączała się pospolita żebranina.

– Jedź gdzie chcesz – syknęła zniecierpliwiona, kołysząc dzieciakiem – Kup jeszcze butelkę, smoczki i mleko, jakbym nie mogła karmić.

Niby nic, ale to było przyznanie się do porażki, patrzcie, heroiczna Matka Polka, Madonna blokowiska, nie daje rady. W buciorach na nogach wszedłem do pokoju, żeby ją za to uściskać.

– Nie przejmuj się – powiedziałem i uśmiechnąłem się do niej, jak mi się zdawało, krzepiąco.

Do galerii dosłownie wpadłem w amoku, przepchałem się przez tłumy, po drodze stratowałem ze trzy zmarnowane aniołki, dzwoneczkami nakłaniające publikę do zakupu świeckich opłatków, zderzyłem się z Mikołajem w lureksowym szlafroku i nabuzowany, jak na speedzie, dojechałem do Super Pharmu. Tu już prościutka sprawa, pół godzinki przepychanek przy kasie i brodawki Zojki uratowane. Z apteki wyszedłem w bojowym nastroju – hurra, właśnie ocaliłem moją królewnę! Ale w tej samej chwili pojawił się problem: gdzie kupić światełka?

Mogłoby się wydawać, dziwna sprawa, wszystko wokoło udekorowane tysiącami świecidełek, choinki, reniferki, bałwanki – cała świąteczna menażeria w komplecie –  Mariah Carey jak zwykle na święta chce chłopa, tylko chłopa i jeszcze raz chłopa … a ja nie wiem, skąd by tu takie proste, zwykłe lampeczki na małą, skromną choineczkę?

Nie jestem pewien, ale chyba ta magia świąt wreszcie i na mnie zadziałała. Zatrzymałem się w biegu, zastanowiłem (gdzie te lampki?) i wszystko do mnie dotarło: niby że wigilia, wieczerza, oczekiwanie, prezenty … I tak powolutku, powolutku, zacząłem się łamać, ulegać, zapominać o obolałej żonie przylepionej do żarłocznego Paszczaka.

Spojrzałem na zegarek i oceniłem, że z maścią poszło mi jak z płatka.

Machnąłem ręką na światełka. „Może naprawię te stare – myślałem niefrasobliwie – jak nie znajdę gdzieś po drodze nowych”.

Postanowienie w zasadzie już dojrzało, potrzebowałem co prawda jeszcze troszkę wewnętrznego samousprawiedliwienia, ale długo nie musiałem czekać. ,,Tyle czasu katuję się na tej siłowni (całe sześć tygodni)– tłumaczyłem sam sobie – że chyba zasłużyłem na nowe spodnie, zwłaszcza że święta, szwagierka z Irlandii, i te teście z Białegostoku …’’

Miałem na myśli bardzo konkretne spodnie. Konkretne spodnie, których przed siłownią nie odważyłbym się nawet przymierzyć. Wąziutkie rurki z Zary, slim fit, czy jak tam się zwały. Na pozbawionych głów manekinach prezentowały się tak, że po prostu … no jak ktoś ma takie nogi, to głowa mu niepotrzebna.

Ludzie biegali tu i tam, objuczeni torbami pełnymi zakupów i to przeważyło szalę. Gnany instynktem leminga, ja też poleciałem.   

Złapałem dwa rozmiary, trzydzieści dwa i trzydzieści sześć. Trzydziestki czwórki nie było.

Już za chwilę byłem przy przymierzalniach, dzierżąc moje cudowne, lekko błyszczące rurki w dłoniach.

I właśnie tam stanąłem jak wryty.

Inez?!

To naprawdę była Inez: w obowiązkowym czarnym stroju pracowników Zary liczyła ciuchy i wydawała numerki.

Inez.

Moja licealna miłość.

Ideał.

Dziewczyna, o której śniłem przez wszystkie szkolne lata.

Jej głos … wykręcałem numer, a kiedy odbierała, nie byłem w stanie się odezwać. Czasami, zwłaszcza na polskim, zdarzało mi się o niej fantazjować i nie przesadzam, nie mogłem usiedzieć na krześle.

Napisałem nawet dla niej wiersz: ,,Inez, o Inez nadobna’’ – tak się zaczynał, a potem było coraz gorzej.

,,Moja Inez!’’ – pomyślałem (mówić nie byłem w stanie). Wokoło tłumy, ludzie mierzą i odkładają, porównują i oglądają, a ja widzę tylko ją.

Nic się nie zmieniła: gibka, długowłosa łania, taka jak kiedyś, co ja mówię, jak kiedyś! Piękniejsza! 

Zauważyła mnie i poznała.

– Hej! – powiedziała, ale cóż to było za ,,hej’’! Hej nad heje, wypowiedziane tym jej głosem jak z płynnej czekolady, brązowym i gorzkim, z dodatkiem odrobiny wiśniowego likieru. Wystarczyło jedno ,,hej’’, żeby zakręciło mi się w głowie.

Nie wiem jakim cudem zdołałem się opanować na tyle, żeby się grzecznie zdziwić i zapytać, czy tu pracuje?

– Czasowo – wyjaśniła konspiracyjnym tonem. – Zatrudniają przed świętami.

Na stałe robiła doktorat, z madrygałów staroangielskich, czy jakoś tak, i dorabiała w Zarze. Czasowo.

– Nie zmieniłeś się – stwierdziła. Na szczęście byłem w puchowej kurtce.

– Ty też nie – (w gardle suche kluski, musiałem odchrząknąć)- przepraszam.

Na tym skończyliśmy grę wstępną: Inez była w pracy, a za mną ustawiła się już spora kolejka.

– Świetne – pochwaliła rurki – Trzydzieści sześć nie będzie za duże?

Nic nie powiedziałem, ale miałem wrażenie, że nie.

Wydała mi numerek a ja jak na skrzydłach poleciałem do kabiny.

,,Inez, o Inez nadobna’’ – prawie śpiewałem w myślach, szybko ściągając stare dżinsy. ,,Umówię się z nią – cieszyłem się jak dziecko – na jakąś kawę, czy co. Pogadamy. Przez całe liceum się nie odważyłem.’’

Z bijącym sercem złapałem parę spodni i wsadziłem na nogi. A raczej wbiłem w nie nogi. Opierały się, jak to slim fit, ale napierałem. Złapałem za pasek i zdecydowanym ruchem do góry.

Doszły mniej więcej do połowy ud i tam się zatrzymały. Na dobre.

Próbowałem w górę – ani drgnęły.

Próbowałem w dół – to samo, w dodatku szwy zatrzeszczały.

– Spokojnie – zwolniłem, ocierając z czoła kropelki potu – chwila odpoczynku.

Nawet w wyszczuplającym lustrze wyglądałem żałośnie: łydki i uda na ścisk opięte cherlawymi nogaweczkami, nad nimi obleśny pasek bladoróżowego ciałka, a wyżej wesoły kurczaczek na spranych bokserkach.

Spróbowałem jeszcze raz. Nic z tego!

– Jak tam spodnie? – to była Inez Troskliwa.

Szarpnąłem się jak słoń w za ciasnej klatce i potykając się o rurki przytrzymałem zasłonkę z obydwu końców, żeby broń Boże ani troszeczkę się nie odsłoniła.

– W porządku – rzuciłem dziarskim tonem.

– Pokażesz mi się?

Jeszcze czego!

– Nie teraz!

– Okej! – zawołała i potruchtała do swoich numerków.

Musiałem usiąść, a że jakoś nie zauważyłem krzesełka, niezgrabnie zwaliłem się na podłogę. Plecy oparłem o ścianę i nie wiedziałem, co dalej.

Spróbowałem jeszcze raz w dół – nie! W górę? Też nie!  

Nie poproszę przecież Inez! Takiej hańby nie przeżyję, nie ma mowy!

Jakby było mało, przyszło mi do głowy sprawdzić, jakiego rozmiaru nie mam na sobie. Nie miałem na sobie rozmiaru trzydzieści dwa … Co? Po sześciu tygodniach mordęgi trzydzieści sześć nie wchodzi? No to teraz na pewno nie umówię się z Inez, nigdy jej nie powiem jak bardzo, jak bardzo … żaliłem się.

Słowo daję, gdyby w przymierzalniach zostawiali nożyczki, w moment przerobiłbym te rurki na spaghetti. Cieniuteńkie.

Tkwiłem tam, zły i zrozpaczony, jak jakiś ponury duch, Ebenezer Scrooch Galerii Mokotów, idiota z kurczaczkiem na wierzchu.

Czas mijał, tłum rzedł, i w pewnej chwili zorientowałem się, że nie słyszę żadnych rozmów. Odczekałem jeszcze – musiałem się upewnić, że w przymierzalni zostałem już tylko ja.

Ja i ciche kroki Inez, porządkującej stosy wzgardzonych łachów. Wytężyłem słuch, próbując ocenić sytuację w sklepie, ale wyglądało na to, że tam też jest czysto.

– Nic nie mów – sugestywnie zaszeptałem zza kotarki – podejdź do zasłony i słuchaj.

Kroki zawahały się, po czym spełniły moją prośbę.

– Pamiętasz głuche telefony? W liceum? To byłem ja, dzwoniłem żeby usłyszeć twój głos. Napisałem dla ciebie wiersz, ale nigdy nie miałem odwagi, żeby ci pokazać … A dzisiaj ty … tutaj! Olśnienie … zaraz mi spodnie pękną…  Leć po nożyczki! Proszę!

Kroki oddaliły się, a ja czułem, że się trzęsę, tak dużo mnie to kosztowało. Po chwili była z powrotem. Stanęła przy kotarce, ale jej nie odsuwała.

– A teraz … Inez, rozetnij mi spodnie! – wziąłem głęboki wdech i odsunąłem kotarę, pokazując się w pełnej krasie.

– Ale Inez po .. po… poszła na ka… ka… ka… kasę – chłopak był młody i mocno pryszczaty, może osiemnastoletni, typ wątłego efeba z falującą grzywką. W ręce trzymał nożyczki, a jego szczupłe policzki dosłownie płonęły czerwonymi, plackowatymi rumieńcami.

,,Od moich wyznań!’’ – pomyślałem i poczułem się (stary chłop z gaciami ściągniętymi do połowy uda i rozbrykanym kurczaczkiem) jak żałosny ekshibicjonista zaczepiający pierwszoklasistów w krzakach pod szkołą.

– Przepraszam, bardzo przepraszam – coś tam mamrotałem, ale niby co miałem mu powiedzieć?

– Nie, nie szkodzi – nie wiedział gdzie ma oczy podziać, ale wziął się w garść – Naprawdę mam rozciąć te spodnie? A może pomogę panu się … dopiąć? – zaproponował.

Przesadził. Nie byłem w nastroju na żadne dopinanki w przymierzalni. Wyciągnąłem z portfela cztery setki, wsadziłem chłopakowi w łapę i syknąłem:

– Bierz nożyczki i tnij!

Ręce mu się trzęsły, aż się trochę bałem o kurczaczka, ale podołał.

– A teraz wynocha. I zapomnij co tu słyszałeś!

– Nic nie słyszałem – zapewnił gorliwie i poleciał z pociętymi rurkami i forsą, a ja ubrałem się i wyszedłem ze sklepu. Kiedy przechodziłem obok kasy, Inez pomachała do mnie.

– Wesołych świąt! – zawołała – musimy się kiedyś zdzwonić!

– Musimy – zgodziłem się – kiedyś. Wesołych świąt!

Do domu dotarłem po szóstej. Siedzieli przy nieubranej choince i czekali na mnie z wieczerzą. Nikt chyba nie uwierzył, że z Galerii Mokotów na Ursynów jechałem trzy godziny, ale nie bardzo mnie to obeszło.

Zojka nie odezwała się do mnie przez cały wieczór. Siedziała naburmuszona, a liście kapusty, które wsadziła do stanika jako kompres na obolałe piersi, wystawały zza dekoltu bluzki. Nie chciała mojej maści, obraziła się na nią tak samo jak na mnie.

Nie mogłem zasnąć. Krewni porozkładani po fotelach i dmuchanych materacach zgodnym chórem pochrapywali, posapywali i świszczeli przez sen, jak kto potrafił. Zoja spała kamieniem, a ja leżałem obok niej i rozpamiętywałem wydarzenia dzisiejszego dnia. Wychodziło na minus: bezpowrotnie straciłem Inez, ten chłopak, no i rurki.

– Ty durniu – powiedziałem do siebie, ale cicho, żeby nie słyszała – Zachciało się! Inez, o Inez nadobna … – przedrzeźniałem. Fakt, wyszedłem na idiotę, ale w sumie … co to komu szkodzi?

O trzeciej mały zaczął się kręcić w łóżeczku. Nie chciałem żeby Zojka się obudziła, więc zanim rozkrzyczał się na dobre, wstałem i wziąłem go na ręce. Uspokoił się, chociaż oczka miał otwarte. Łypał podejrzliwie kiedy niosłem go do kuchni i jedną ręką przygotowywałem mieszankę.

Teściowa ocknęła się na moment i półprzytomnym głosem zapytała, czy mi ,,tam pomóc’’.

– Nie – zaszeptałem – Mama śpi, poradzę sobie.

Usiedliśmy na krześle w kuchni i sztucznym cyckiem zaspokoiłem małego. Pił łapczywie, aż zasnął ze smoczkiem w buzi, uśmiechnięty i zalany mlekiem. Wstałem, wziąłem go na klatę i ostrożnie wymierzonym krokiem (krewni!) spacerowałem po ciemnym mieszkaniu, żeby dziecku się odbiło.

Patrzyłem na jego małą, zadowoloną buźkę i nie miałem ochoty odkładać go do łóżeczka. ,,Mój syn, Mikołaj’’ – pomyślałem trochę zdziwiony i trochę dumny. Powtórzyłem to jeszcze kilka razy. ,,Mój syn, Mikołaj’’. Skończył osiemnaście dni i właśnie zostawałem jego ojcem.  

Blok naprzeciwko był ciemny, tylko jedno okno się zaświeciło. Ktoś wstał i krzątał się po kuchni. Nie mógł mnie widzieć, ale pomachałem do niego i uśmiechnąłem się jak do przyjaciela. Może i jego o tej paskudnej, lodowatej godzinie, kiedy śpią nawet dziwki, z łóżka wyciągnęła miłość?

Ilona Misztal