szkoda gadać
Leżąc w łóżku Janeczka bawi się w znikanie.
Zamyka oczy, nabiera powietrza i wstrzymuje oddech. Raz, dwa, trzy cztery … przy dziesięciu pod powiekami zaczynają rysować się sylwetki. Ojciec zjawia się pierwszy – wyblakły pan ze zdjęcia. Trwa krótko, trzy, może cztery sekundy, i już przemyka chyłkiem nie wiadomo dokąd. Może dlatego, że matka depcze mu po piętach? Inaczej niż on, kroczy dostojnie, dumnie niosąc swoją dużą głowę.
Zajmuje miejsce, niemożliwa do przeoczenia czy zignorowania. Nie przemyka – ona zmierza do celu, żądając nagrody za życie pełne poświęceń, bo przecież oddała męża wojnie i nie miała innego, musiała żyć sama i zapomnieć o sobie, straciła młodość i urodę, straciła wszystko, w zamian dostając tylko córkę – niemowę.
– Idź już – Janeczka próbuje się jej pozbyć – idź sobie.
Matka nigdy nie przychodzi sama. Zawsze towarzyszą jej żal i pretensje.
– Jak ty się odwdzięczasz – mówi. Wykrzywia usta i marszczy brwi.
– Mamo, przestań. Dawno umarłaś, a ja jestem stara. Spójrz na mnie.
Ale matka nie daje się przekonać. Kręci tylko głową i nie odchodzi.
Rabin nie może przyjść, nawet na chwilę. Nigdy nie przychodzi.
Janeczka czuje, że nie da rady jej przeczekać. Musi wziąć oddech. Skapitulować. Nabiera więc powietrza i otwiera oczy, z westchnieniem wyłaniając się na powierzchnię rzeczy.
– O, mamusia się obudziła! – szczebiocze Marek – Mamusia się ucieszy – udaje entuzjazm, podnosząc ją do pozycji półsiedzącej i obkładając poduszkami – Patrzy mamusia kto przyszedł!
Wiszą nad nią dwie głowy podobne do dyń w okularach, z pasmami farbowanych włosów po bokach. Ala i Marylka. Córki.
Ala stoi z głupim uśmiechem na twarzy, a Marylka zagląda jej pod kołdrę.
– Na szczęście nie ma odleżyn – stwierdza rzeczowo.
Zabiera się za porządki w szafce przy łóżku. Zagląda do opakowań z lekami, żeby sprawdzić ile zostało, puste zgniata i odkłada na bok. Ze szczotki do włosów ściąga perłowy, mglisty kłębuszek włosów Janeczki.
– No, za porządna to ona nie jest – rzuca w przestrzeń o opiekunce matki.
Dokłada kłębuszek do pustych opakowań i idzie wyrzucić śmieci do kubełka w kuchni.
– A do pieluchy nie zajrzysz?! – krzyknęłaby za nią Janeczka. Gdyby mogła.
Ala, z tym swoim uśmiechem, niepewnie gładzi matkę po przedramieniu.
Marek trzyma jakiś list. Pewnie ważny, inaczej nie zjawiliby się przy jej łóżku wszyscy naraz.
– Mamo, przyszedł do ciebie list – zaczyna uroczyście – z Izraela.
Z Izraela?! Ta wiadomość natychmiast otwiera jakieś klapki w jej głowie. Budzi wyobrażenia dzieci, rodziny, domu … czegoś, co być może po nim zostało.
Marek chrząka i mówi dalej.
– Otóż podczas wojny babcia Wanda ukrywała chasydzkiego cadyka.
Ona, ośmiolatka. Początek jesieni. Matka wyszła do miasta, kupić coś na kolację.
– Pod żadnym pozorem nie wolno ci wyjść z domu – powiedziała – Zabiorą cię z ulicy, wywiozą, a ty nawet nie będziesz umiała powiedzieć, że nie jesteś Żydówką. Obiecaj mi!
Janeczka naprawdę próbowała słuchać matki, ale ile można się bawić szmacianką z wyszytym czerwonym uśmiechem? Rzuciła lalkę w kąt i wyszła na nieduże podwórko za domem. Spacerowała powoli, jak dorosła. Okrążała zakurzone klepisko, na którym matka wytyczyła nędzne grządki pod warzywa.
Pod dwiema kosztelami brązowiały ostatnie jabłka. Wyzbierały już z matką te, które nadawały się do jedzenia, ale i tak kopnęła kilka czubkiem bucika. Zupełnie do niczego, pokręciła głową wycierając but o trawę. Wspięła się na palce i kręciła piruety. Jeden, dwa, trzy … aż wpadła na rozrośnięty w kącie krzak agrestu. Kręciło jej się w głowie więc przykucnęła i wtedy zauważyła piłkę w gęstwinie cienkich gałązek. Była to stara, brązowa futbolówka, która kiedyś należała do ojca. Zgubiła się i od tamtej pory Janeczka nie mogła jej odnaleźć.
– Cały czas siedziałeś pod agrestem? – zapytała – A ja tyle cię szukałam.
Wyobrażała sobie, że piłka to jej piesek – mama nie pozwalała na prawdziwego. Nazwała go Rezeda, chociaż to imię pewnie bardziej nadawałoby się dla suczki.
– Ty psotniku – powiedziała – Już nigdy tak nie rób! Mogą cię zabrać i wywieźć nie wiadomo gdzie. A ty nie będziesz umiał powiedzieć, że jesteś tylko pieskiem.
Rezeda miał przerażoną minę, więc go przytuliła i wytarmosiła za uszy.
– Ze mną nic ci się nie stanie – pocieszyła go – Znajdę cię nawet na końcu świata.
A potem biegali razem po podwórzu, aż rozbawiony Rezeda przez uchylone okienko wpadł do piwnicy.
To było całkiem niepodobne do mamy; zostawiać uchylone okno? W piwnicy jest zimno i trzyma się tam jedzenie: ziemniaki, warzywa, jabłka. I czasami orzechy od dziadka. Przez takie uchylone okno może się ktoś zakraść, na przykład głodna wiewiórka. Albo złodziej. A już na pewno są tam pajęczyny.
Aż się wzdrygnęła wyobrażając sobie ciemne pomieszczenie i pająka, który spada jej na głowę. Ale przecież był tam Rezeda. Poszła więc, ostrożnie stawiając stopy na drewnianych stopniach. Kiedy już była prawie na dole przypomniała sobie, że nie ma klucza. Matka chowała go przed nią na górnej półce kredensu, żeby po niego sięgnąć, musiała stanąć na taborecie. Wzięła jeszcze świeczkę.
Ręce jej się trzęsły kiedy znowu szła w dół, po krzywych schodach które czuć było ziemią i stęchlizną. Z trudem udało jej się włożyć masywny klucz do dziurki i otworzyć drzwi.
Na dworze nie było jeszcze całkiem ciemno, ale piwnicę obsiadł już mrok. Maleńki płomień świeczki chybotał niepewnie, jakby on też bał się ciemności.
– Nie bój się – usłyszała męski głos.
To złodziej, pomyślała, albo Niemiec. Przyszedł, bo nie posłuchała mamy. Zamknęła oczy i mocno zacisnęła powieki, żeby złodziej albo Niemiec znikł. Od teraz będę już grzeczna, obiecywała.
Ale on nie znikał.
– Nie jestem złodziejem – powiedział – Ani Niemcem.
– On słyszy moje myśli! – przeraziła się.
– Ty moje też – odpowiedział – To twój piesek?
W wyciągniętych dłoniach trzymał Rezedę. Piesek wcale się nie bał, merdał ogonkiem jakby nic się nie stało.
– Rezeda! – zawołała Janeczka.
– Ładne imię. Pasuje do niego – głaskał Rezedę po grzbiecie.
Janeczka odważyła się wreszcie na niego spojrzeć.
– Jesteś duchem? – zapytała – Mieszkasz w naszej piwnicy?
– Szmuel Winawer w trzydziestym szóstym wyemigrował do Palestyny. W marcu trzydziestego dziewiątego przyjechał do Polski leczyć gruźlicę.
Matka czekała na krześle w kuchni. Usiadła tak jak przyszła, w płaszczu i chustce na głowie, siatkę z połówką ciemnego chleba rzuciła na stół. Usta zaciskała tak mocno, że zamiast warg miała na twarzy tylko cienką kreseczkę. Jakby narysowaną ołówkiem, pomyślała Janeczka.
– Byłaś w piwnicy – stwierdziła – Zabroniłam ci wychodzić z domu, a ty co? Nie próbuj kłamać!
Janeczka nie miała zamiaru kłamać. Pokiwała głową na ,,tak”. Spodziewała się, że dostanie burę. Może nawet karę.
Ale matka zamiast ją skrzyczeć nagle zgięła się jak uschnięta roślina i zaczęła płakać, z głową ukrytą w dłoniach, położoną na kuchennym stole, tuż obok obrzydliwego czarnego chleba.
– Nie daję rady! – skarżyła się przez łzy– sama zostałam, z kaleką … i robię wszystko … żeby jakoś przeżyć … Słyszysz?! Czy ciebie to w ogóle obchodzi?!
Podniosła rozczochraną głowę i trwała tak, patrząc w sufit, jakby to od niego oczekiwała odpowiedzi. Janeczka też spojrzała, ale nikogo tam nie było, nad stołem wisiała tylko goła żarówka na czarnym kablu. Chciała przytulić matkę, zapewnić ją, że nie jest sama z ,,kaleką”, bo przecież ma ją, Janeczkę.
Z kranu powoli kapały krople wody, rozbijając się o wstawioną do zlewu metalową miskę. Kap, kap, kap … liczyła.
Wreszcie matka podniosła się z krzesła. Obmyła twarz i ręce. Przejrzała się w lustrze, poprawiła włosy. Nalała mleka do szklanek, pokroiła chleb.
– Siadaj – powiedziała – Kolacja.
Jadły w milczeniu. Czarny chleb rósł Janeczce w ustach, ale kęs po kęsie żuła i przełykała.
– Masz nie chodzić do piwnicy – powiedziała matka – Żeby twoja noga tam nie postała! On tylko udaje, że jest dobry. Rozumiesz?
– W sierpniu trzydziestego dziewiątego Winawera wypisano ze szpitala, ale przed wyjazdem do Palestyny postanowił jeszcze odwiedzić rodzinne strony. Nie wiadomo jakie były jego wcześniejsze losy, w każdym razie na jesieni 1943 roku mieszkał już u nas. W naszej piwnicy.
Nie musiała łamać zakazu matki i schodzić do piwnicy żeby z nim rozmawiać. Do komunikacji wystarczały im myśli.
Okazały się zwinne i cichutkie, a przy tym wytrzymałe. Wcale się nie męczyły, całymi dniami biegały schodami w górę i schodami w dół, przenosząc słowa, obrazy i emocje.
Myśli są jak psy.
Matka nie miała z nimi żadnych szans.
Wieczorami dorabiała szyciem. Siedziała przy maszynie, która z łomotem wyrzucała kilometry ściegów. Oczy jej od tego łzawiły i robiły się czerwone, ale maszyny w żadnym wypadku nie można było zostawić bez nadzoru. Pilnowanie było trudne i Janeczka musiała kłaść się do łóżka o ósmej, żeby nie przeszkadzać.
Co jakiś czas maszyna odpoczywała. Matka mogła wtedy na chwilę oderwać oczy od ściegów. Kręciła wtedy głową i ściągała brwi spoglądając na Janeczkę, próbując zrozumieć, co siedzi w głowie tej małej. Dobrze, że nie umiała czytać w myślach, bo od razu wytropiłaby ślad rabina.
– Hej mała! – zaczepiał.
– Hej duży! – odpowiadała Janeczka.
– Co słychać na górze?
– Maszynę. A na dole?
– A na dole nie.
Przy nim mogła myśleć o wszystkim. Nic nie było zakazane ani zbyt dziwaczne. Takich myśli nie odważyłaby się mieć przy matce. ,,Nie trać czasu na głupoty”, tak by powiedziała.
Z rabinem było inaczej.
– Czy ty jesteś kaleką? – zapytała.
To, co w jednej chwili przewaliło się przez jego mózg uderzyło w nią potężną falą. Ból. Smutek. Pewność.
– Jestem – powiedział.
– Ja też jestem kaleką? – odważyła się uwolnić zlęknione podejrzenie, które zaszczepiła w niej matka – Bo nie umiem mówić – ta myśl wstydziła się samej siebie, chciała się schować.
– Do czego innego zostałaś stworzona.
– Nie do mówienia?
– Nie.
– A do czego?
– Do myślenia.
– A ty?
– Ja? – myślał o słonecznym dniu. O altance w ogrodzie. O uśmiechniętej kobiecie z ciemnymi włosami. Chciał być stworzony do szczęścia. Każdy chce.
Ale kaszlał. Miał gorączkę. I nie mógł wyjść na słońce, jeżeli gdzieś jeszcze było.
– Chyba do tej piwnicy – stwierdził.
– Jesteś chory?!
– Nic mi nie jest. Po prostu sporo tu kurzu.
– Wyzdrowiejesz?
– Musiałbym odkurzyć, a bardzo mi się nie chce.
Wiedziała, co próbował ukryć.
– Ja wiem o czym mi nie mówisz!
– A ja wiem, że ty wiesz.
Myślała o tym, że znowu będzie sama. Z matką. W pustym domu.
A on brał jej najeżone, szarpiące się myśli w objęcia, żeby się uspokoiły. Drapały go i gryzły, ale wytrzymywał.
– Umarł pod koniec 1943 roku.
Umarł w wigilijną noc.
Przyjechał dziadek Szymon. Saniami, okryty potężnym kożuchem i cały zasypany śniegiem, nawet brwi miał białe. Przywiózł mały świerczek, który mama przystroiła łańcuchami z kolorowego papieru.
– Ho ho! – zawołał do Janeczki– Duża z ciebie pannica! A bałwana ulepiłaś?
Nie czekał na odpowiedź. Z roztargnieniem poklepał ją po głowie i rozmawiał z matką.
– Powinnaś przeprowadzić się do mnie – powiedział – na wsi lżej.
Janeczka patrzyła jak rozmarzają mu brwi.
Pod choinką ustawili małą stajenkę, nad którą czuwał anioł z rozpostartymi skrzydłami.
Połamali się opłatkiem i zjedli wieczerzę. Potem śpiewali kolędy, aż Janeczka zrobiła się śpiąca. Oczy same jej się zamykały, zdążyła tylko powiedzieć rabinowi ,,dobranoc”. Nie odpowiedział. Pomyślała, że śpi.
Jej łóżeczko – białe metalowe ramy, boki zabezpieczone siatką – stało w kącie sypialni, pod skośną ścianą z oknem. Janeczce śniły się anielskie skrzydła, które szumiały i brzęczały kryształowym dzwonieniem, sypiąc drobne iskry na jej twarz. Otworzyła zdumione oczy i spojrzała w górę.
Na szybkach okna noc lśniła brokatowym kurzem.
– Nie można było go pochować na żydowskim cmentarzu, a nie uchodziło grzebać chasydzkiego świętego męża pod fałszywym nazwiskiem wśród katolików. Wtedy rabin znikł. Jakby rozpłynął się w powietrzu.
Od razu wiedziała.
Wcale się nie zdziwiła, kiedy matka z krzykiem przybiegła z piwnicy. Kiedy jąkając się i płacząc opowiedziała dziadkowi co się stało.
Dziadek krzyczał na matkę, jak mogła zrobić coś takiego?
– Za to się idzie pod ścianę! – wrzeszczał, a oburzone brwi na jego pomarszczonym czole wędrowały w górę i w dół – Jej też by nie oszczędzili! Wiesz co robią z kalekami?!
Spracowanym paluchem celował przy tym w Janeczkę, jakby to ona i jej niemota były wszystkiemu winne. Bała się, że dziadek nagle rzuci tym groźnym palcem prosto w jej serce.
Matka, blada jak ściana, na przemian chlipała i próbowała się bronić.
– Dobrze płacili! Musimy przecież jeść!
Wreszcie przestał krzyczeć i zupełnie się uspokoił.
– Mleko się rozlało – stwierdził rzeczowo – Sprowadź ich, trzeba posprzątać.
– Po wojnie uczniowie rabina próbowali odnaleźć miejsce jego pochówku, ale bez skutku. Do czasu aż pewien dziennikarz opisał jego historię i pojawił się świadek. Jego ojciec jako mały chłopiec po wojnie wyemigrował z Polski do Izraela. Opowiadał synowi, że z kolei jego ojciec pod koniec grudnia 1943 roku uczestniczył w sekretnym pogrzebie rabina Szmuela Winawera. Ten pogrzeb odbył się w naszej piwnicy.
Tego samego dnia dziadek zabrał ją na wieś.
Jechali przez śnieżną biel przy wtórze dzwoneczków przywieszonych do końskiej uprzęży. Łzy zamarzały na twarzy Janeczki zmieniając się w drobne, ostre kawałki lodu, które spadały prosto do jej serca.
Dziadek nie potrafił rozpuścić tego lodu.
Zajmował się Janeczką, koniem i krowami, rąbał drewno na opał i przynosił wodę ze studni.
– Siadaj – mówił, stawiając jedzenie na stole – Jedz.
Czasami głaskał ją po głowie swoją dużą dłonią.
– Nie płacz – pocieszał wnuczkę – Matka niedługo przyjedzie.
Gdzie on jest? – rozpaczała Janeczka.
Odezwij się! – prosiła.
Dziadek patrzył na nią, wzdychał i kręcił głową.
Wpatrują się w nią teraz: Marylka, Marek i Ala.
Marek przekonuje, że powinni skorzystać z propozycji złożonej przez grupę chasydów, uczniów cadyka Winawera.
– Mama mnie słyszy? – dopytuje – Rabin leży w naszej piwnicy. Oni chcą odkupić dom i zrobić tu miejsce kultu. Będą zjeżdżać się z całego świata. Mówią, że ekshumacja nie wchodzi w grę.
Tak, słyszy ich, ale widzi coraz mniej wyraźnie. Jakby miała mgłę w oczach. Jakby już nie byli jej dziećmi obleczonymi w ciała, ale wirującym w słońcu kurzem.
Patrzy na nich, stara się zapamiętać: to Marylka, to Marek, to Ala … dziadek Szymon, matka, ojciec, mąż …
Teraz widzi tamte letnie wieczory, kiedy siedziała z matką na ławce na podwórzu. Patrzyła jak jaskółki krążą po ciemniejącym niebie, ,,na pogodę” albo ,,na deszcz”. Zrobiony na drutach czerwony sweterek drapał ją po gołych rękach. Nogi miała do kolan pokryte strupkami i gojącymi się skaleczeniami – matka smarowała je gencjaną. Zachłystywała się powietrzem, wyciągała ręce jakby chciała złapać go jak najwięcej, najeść się aż do przesytu.
Widzi jak plotła córkom warkocze, kiedy szły do szkoły. Jak poznała męża, a potem on i dzieci po kolei ją opuszczali, aż została sama.
To było moje życie, myśli, tylko ja mogłam je przeżyć, tak, jak je przeżyłam.
Ułomne i nieidealne – ale przecież warte miłości.
Do niego została stworzona.
Teraz rozumie.
– Jestem – mówi do niej rabin.
Trzyma za rękę ośmioletnią Janeczkę z piłką pod pachą.
– Moja kochana! – Janeczka wyciąga ręce do małej siebie, przygarnia najmocniej jak umie. Czuje ciepły języczek Rezedy na dłoni.
Jest szczęśliwa.
– Już wiesz – stwierdza rabin.
Tak, wie.
I jest gotowa – ale się niepokoi.
Jakże to, myśli, ma wszystko zostawić? Takie rozgrzebane, niezałatwione? Dzieci, chasydzi, grób – co z tym będzie ?
Ale on kręci głową że to nic, to nieważne.
– Janeczko – tłumaczy – Oni muszą gdzieś tańczyć. Niech tańczą na moim grobie.
Ilona Misztal