sacra et profana
PANTUM DLA CECYLKI
Miałem dwie możliwości, zacząć od wprowadzenia postaci i potem przejść do opowiadanej historii, albo skoczyć na głęboką wodę i w trakcie pływania wspomnieć o kim mowa.
Ten skok na głęboką wodę i pływanie to nieprzypadkowe porównanie, słabo pływam, a o skokach nie ma mowy. I dlatego miałem problem – zadanie było niewykonalne, choć sprinterski start wygląda na bardziej naturalny. Przecież właśnie tak się poznajemy, skaczemy na główkę nie wiedząc o sobie nic. Decyduje pierwsze wrażenie. Pięć minut i bach, już wiemy, polubimy się czy raczej nie. To nawet logiczne, biorąc pod uwagę ilu nas jest. Po co marnować czas na bliższe kontakty z kimś, przed kim ostrzega nas podświadomość? Inna sprawa, że w niektórych przypadkach podświadomość nawala i nie wysyła w kosmos czerwonych rac, choć powinna.
Zdarza się.
Mógłbym zacząć tak: tego dnia dokończyłem pantum, a Cecylka została motylem. Ale mógłbym też zacząć od o dwa tygodnie wcześniejszego dnia w którym zabrałem się za pantum, a Cecylka rozpoczęła transformację. I proszę, kolejne rozdroże, dwa zdarzenia, koniec i początek. Jak wybrać jedno z nich i przedstawić w pierwszej kolejności, jak gdybym przyznawał, że jest ważniejsze od drugiego? A przecież jedno wynikało z drugiego.
W całym tym narracyjnym rozgardiaszu musiałbym jeszcze znaleźć jakiś zmyślny sposób na przemycenie informacji o postaciach. A niby jak miałem niepostrzeżenie powiedzieć, że nazywam się Alek i mam dwanaście lat, a Cecylka, dla rodziny Cycka, to moja o dwa lata starsza siostra?
Kiedy się urodziła, rodzice przeżywali okres fascynacji śpiewem chóralnym. Stąd imię, święta Cecylia, patronka chórów. Mama powtarzała to tyle razy – zawsze przy tym dodając, że w przypadku naszej Cycki patronka nie dała rady – aż historyjka stała się rodzinną legendą. A może raczej anegdotą – nie jestem do końca pewien, co jest czym. Zastanawiam się, czym się fascynowali, kiedy ja przyszedłem na świat.
Cecylka jest chora i to nie tak normalnie, jak na przykład dzieci na diecie bezglutenowej, albo te ze słabym sercem, czy takie co dostają wysypki po soku pomarańczowym. Ona ma chorą głowę, przez którą dziwnie się zachowuje, widzi lub słyszy coś, czego nie ma, boi się wyjść z domu albo zacina się i powtarza po sto razy to samo słowo. Z moją siostrą nigdy nic nie wiadomo i wszystkiego można się spodziewać.
Mama nie lubi o tym rozmawiać, nie wymawia nawet nazwy TEJ choroby, zwłaszcza kiedy przeżywa kolejną fazę negacji i nie przyjmuje do wiadomości, że jej córka TO ma. Fazy idą falami, na zmianę, pogodzenie się i negacja. Jeżeli chodzi o tatę, przeważnie nie ma go w domu, więc to w zasadzie bez różnicy, co myśli.
Rodzice ze mną raczej nie rozmawiają, wszystko co wiem, pochodzi z podsłuchu, kiedy co jakiś czas zamykają drzwi do sypialni żeby ,,pobyć razem’’. Starają się być razem cicho, ale nie za dobrze im to wychodzi, dziesięć, góra piętnaście minut i na całego kłócą się o Cyckę. Mnie wciąż mają za (przygłuche i mało rozgarnięte) dziecko, które nie zauważa dziwności siostry i ich frustracji okazywanej w sypialni. Nie wyprowadzam ich z błędu.
Mama i tata są odpowiedzialni i dlatego raczej nie zostajemy w domu sami. Kiedy muszą gdzieś razem wyjść, przychodzi sąsiadka, pani Łapińska. Ma u nas bardzo dobrze, siedzi sobie i ogląda telewizję, a czasami, jak przyjeżdża jej syn z roboty w Norwegii, zwalniam ją do domu. Oczywiście, rodzice o tym nie wiedzą, urządziliby biednej pani Wandzi niezłą awanturę, ale ona musi przecież synowi ugotować flaki, ulepić pierogi i upiec ciasto.
W tym miejscu powinienem chyba wspomnieć o moim pisaniu wierszy – zupełnie nie wiem, skąd to skojarzenie z flakami, ale pewnie coś w tym jest. Początkowo wiersze były dość chaotyczne, pozbawione formy i infantylne. Nabazgrałem tego cały zeszyt i próbowałem pokazać matce. Dużo mnie to kosztowało, wiele razy zbierałem się na odwagę, ale zawsze po drodze opuszczała mnie pewność siebie, a wzgardzone liryki lądowały pod łóżkiem na wieczne zakurzenie. Chyba łatwiej niż do tych wierszy byłoby mi się przyznać do sprośnych snów uprawianych z córką sąsiadki (ale nie pani Wandzi, oczywiście).
Wreszcie któregoś wieczoru, z zamkniętymi oczami, na wdechu, wepchnąłem mamie zeszyt do ręki, jak jakiś trefny towar. Minął tydzień, dwa – ona nic. ,,Mamo, przeczytałaś?’’ – pytam wreszcie. ,,Co miałam przeczytać?’’ – ona zdziwiona. ,,No, w tym zeszycie … dałem ci’’ – jestem już cały czerwony. A ta się drze: ,,Kochanie! Ależ kochanie!’’ Drżę i czekam, aż się wysłowi, serce stempluje po żebrach, czyżby aż tak jej się podobało? ,,Nie wiem jak to się stało! Cecylka miała taki zły okres’’ – zawodzi tymczasem mama, wrednie zasłaniając się Cycką. No niby co się stało? Gadajże, kobieto – aż się we mnie kotłuje! ,,Zgubiłam zeszyt’’.
Myślicie, że to był punkt zwrotny, traumatyczne przeżycie po którym znienawidziłem rodzicielkę i zasiało się we mnie ziarno zła, które za jakiś czas wyda plon w postaci seryjnych morderstw popełnianych na pulchnych blondynach po czterdziestce (wypisz wymaluj mamcia)? No pewnie że nie, kryminalne dewiacje tak nie działają. A może i działają, ale nie w moim przypadku.
Ja podszedłem do zdarzenia z zadziwiająco zimną krwią i pewną, co tu kryć, ulgą. Zginęły – trudno, może to i lepiej. Potraktowałem to jako znak z literackiego nieba – poszły na zatracenie, bo na nic więcej nie zasługiwały. Znak i zachęta: napisz, synuś, coś lepszego.
Na pierwszy ogień poszły sonety. Nie bardzo mi szły, trudna forma. Potem wziąłem się za ody, fraszki, madrygały, raki, limeryki. Rozkoszowałem się architekturą poezji, strzyżeniem gęstwiny słów w zgrabne kształty wymyślnych żywopłotów. Pokonywałem trudności i widziałem, że coraz sprawniej macham nożycami, powolutku utwierdzając się w przekonaniu, że mogę wszystko i umiem, umiem, umiem!
Sam nie wiem kiedy moje samouwielbienie przekroczyło granicę skromności i zacząłem podkpiwać z nieudolności formy i górnolotnych treści utworków – potworków, publikowanych po przeróżnych portalach. ,,Gnioty – myślałem – moje są sto razy lepsze, bardziej wyrafinowane i w ogóle, a pomimo to (fałsz!) nie odważyłbym się zaśmiecać nimi Internetu!’’.
Na moje szczęście, właśnie wtedy pojawiło się pantum.
Niby prosta sprawa, takie pantum: zwrotki czterowersowe, dowolna ilość sylab w wersie, rymy abab albo abba. Pierwsza zwrotka: łatwizna, druga – już trudniejsza, bo drugi wers pierwszej zwrotki w drugiej staje się pierwszym, a czwarty – trzecim. I tak dalej, i tak dalej, można to mielić bez ustanku.
Pierwsze skojarzenie: rządki słoni na indyjskim szalu. Jeden za drugim idą słoniki – liliputki w kolorowych czaprakach, każdy trzyma swojego poprzednika trąbką za ogonek. Kolory czapraków powtarzają się w kolejnych rządkach jak wersy w pantumie: drugi jest pierwszy, a czwarty trzeci.
Wielu by się zniechęciło. Komu by się chciało, słoniki! Mnie też się nie chciało.
I wtedy do pokoju wleciała Cycka.
– Zamieniam się w motyla! – wykrzyczała i okręciła się na pięcie, lekko, jak … kurde, no rzeczywiście, motyl.
– Cyca, nie rób jaj – próbowałem sprowadzić ją na ziemię, ale nie dało się.
– Rosną mi skrzydła – szepnęła, porozumiewawczo klepiąc się po plecach – Tu i tu. Czuję jak mnie swędzą.
Cycka ma doświadczenie w sprawach rośnięcia i swędzenia, bo jakieś dwa lata temu zaczęły jej rosnąć piersi. Matko, co się wtedy wyrabiało! Drapała się do krwi. Oczywiście, swędzenie z powodu rośnięcia motylich skrzydeł nie mogło mieć podłoża, że się tak wyrażę, fizjologicznego. Raczej metafizyczne. Czyli: Cyca znowu świruje. Rozejrzałem się w poszukiwaniu pomocy, ale pani Łapińskiej nie było, nie przewidziałem skrzydeł i zwolniłem ją do domu, na kiszenie ogórków.
– Skąd wiesz, że w motyla, może to anielskie skrzydła? – dociekałem.
– Bo wiem – zrobiła stanowczą minę i wybiegła (wyleciała?).
A do mnie przygalopował konik.
,,Cecylka zmienia się w motyla’’ – napisałem pierwszą linijkę mojego pantum (pantumu? pantuma? Cholera wie jak się to odmienia).
Dziewięć sylab. A może lepiej ,,moja siostra zmienia się w motyla’’? Wtedy byłoby dziesięć sylab. Z drugiej strony, co jest lepszego w dziesięciu sylabach?
Że niby coś więcej się zmieści? Machnąłem ręką na dodatkową sylabę, na razie zostawiłem jak było.
,,Cecylka zmienia się w motyla’’ – uznałem że niezłe, ale trzeba iść dalej. No to poszedłem i dopisałem drugą linijkę. Było tak:
Cecylka zmienia się w motyla,
Drapie się po swędzących plecach.
Przez chwilę było OK, po czym się zaniepokoiłem. A jeżeli to prawda? Jeżeli leży na swoim łóżku i naprawdę drapie się zawzięcie, aż do krwi? Matka mi tego nie daruje.
Poleciałem do Cycy.
– Cycka, otwórz! – szarpałem za klamkę, ale zamknęła się na klucz – Cycka, proszę cię!
I nic, cisza.
– Cycka, no weź, otwórz!
Nadal nic.
– Chcesz trochę czekolady? – zaproponowałem. Uwielbia czekoladę.
– Motyle nie jedzą czekolady – odezwała się po chwili, a jej głos brzmiał jakby nie drapała.
Odetchnąłem. Prawdopodobnie się nie wykrwawiała.
– A co jedzą? – chciałem ją wciągnąć w rozmowę, a po jakimś czasie namówić, żeby mnie wpuściła.
– Nie wiem – zafrasowała się.
Jest dwa lata starsza ode mnie, ale chodzimy do tej samej klasy, poszła do szkoły rok później i dla równowagi mamcia mnie posłała rok wcześniej. Musiała to sobie jakoś wynagrodzić. Ciągała mnie po przychodniach i psychologach, aż dopięła swego i dostała zaświadczenie. Nie mieliśmy z nią żadnych szans, ja ani władze szkolne.
Ucieszyłem się. Może uda mi się wywabić motylka z nory!
– Jak chcesz, to możemy sprawdzić w Internecie – kusiłem niczym jakiś oblatany w najnowszych technologiach diabeł.
Podziałało. Wyszła z pokoju i usiedliśmy razem przy komputerze. Przesiedzieliśmy tak z godzinę, aż mamcia wróciła z pracy.
– Nikomu ani słowa – szepnęła Cecylka słysząc gramolenie się przy drzwiach.
– Ani słowa – zapewniłem. Nie miałem zamiaru jej zdradzać, każdy ma prawo do odrobiny motyla w sobie.
– Cyca.
– Co?
– Pokażesz mi je kiedyś?
– Jak wyrosną.
Nie powiedziałem Cecylce, że piszę dla niej wiersz. Nie powiedziałem mamie, że Cecylka świruje. Nie powiedziałem pani Łapińskiej, że mało brakowało. Taty nie było, więc jemu też nic nie powiedziałem.
Cały następny tydzień byłem bardzo zajęty, pracowałem nad wierszem i obserwowałem transformację Cecylki.
Zmieniłem drugą linijkę. Było tak:
Cecylka zmienia się w motyla,
Motyle w ciszy rozkwitają,
I tylko chwila, jedna chwila,
Jest, którą swoją nazywają.
Właśnie tyle miałem po tygodniu, jedną zwrotkę i Cyckę w trakcie przemiany. Dla mnie jej przepoczwarzanie się i jego symptomy – choć wyrażone subtelnie – było wyraźnie widoczne, ale moi rodzice niczego nie dostrzegali.
Najpierw przestała jeść jak człowiek. Z dna kuchennej szafki wygrzebała słoik miodu i żywiła się tylko nim. Powoli celowała w półpłynną, żółtawą masę małym paluszkiem, po czym szybkim ruchem nabierała odrobinę miodu i wkładała do ust. Patrzyłem jak to robi, palec poruszał się niczym drobny, owadzi języczek.
Jej twarz wydłużyła się i nabrała ciemniejszego koloru, a oczy zrobiły się większe, wypukłe i trochę straszne, owadzie. Pod koniec tygodnia zaczęła wydawać z siebie zduszone piski. Mrugała powiekami, wykonując gwałtowne, jakby mimowolne ruchy głową, w odpowiedzi na bodźce których ja, będąc tylko człowiekiem, nie odbierałem.
Nie pisnąłem ani słowa rodzicom. Uznałem, że poczekam do momentu rozwinięcia się skrzydeł. To był swego rodzaju myślowy eksperyment, jeżeli bowiem transformacja miała podłoże wyłącznie pozafizyczne, to na zdrowy rozum skrzydła nie mogły wyrosnąć.
Zagadnienie wpływu czynników pozafizycznych na pojawienie się objawów czysto fizycznych bardzo mnie zajmowało. Czy chory umysł może spowodować namacalną przemianę Cecylki w osobnika innego gatunku? A jeżeli tak, to czy nie jest to dowód na wyższość umysłu chorego nad zdrowym?
Cały ten czas żyłem w napięciu, usiłując dociec tajemnicy siostry i chroniąc tę tajemnicę przed otoczeniem. Byłem pewien, że gdyby moi rodzice się domyślili, Cycka trafiłaby na obserwację do szpitala, a ja straciłbym jedyną i niepowtarzalną szansę uczestniczenia w misterium.
Dyskretnie ją śledziłem, chodziłem za nią, mówiłem w jej imieniu. Czułem, że jest mi za to wdzięczna, chociaż oczywiście nigdy tego nie zwerbalizowała. Panią Wandę przekonałem, że powinna wypocząć po ostatnich aktach kuchennego męczeństwa i kilka dni zostać w domu. Zgodziła się.
Zapewniłem nam rzecz cenną i rzadką, święty spokój. Przez nikogo nie niepokojona, Cycka odbywała dzieło swego przekokoniania się, a ja pisałem pantum.
Mój wiersz miał jej towarzyszyć, stanowić poetyckie tło i akompaniament niepokojącego cudu, który stawał się na moich oczach. Nie do końca wyszło tak, jak zamierzałem, bo druga zwrotka jeżyła się trudnościami.
Zgodnie z konwencją zacząłem od drugiego wersu pierwszej zwrotki, czyli:
Motyle w ciszy rozkwitają
I to było w porządku, ogólne stwierdzenie, prawdziwe w szczególnej sytuacji Cecylki. Problemem okazała się czwarta linijka pierwszej zwrotki, odnosząca się wprost do trzeciej.
Jest, którą swoją nazywają.
Musiałem wymyślić drugi wers na tyle sprytnie, żeby połączyć pierwszy z trzecim, żeby pasowało do ,,jest, którą … ‘’ i oddać to, co działo się z siostrą. Kombinowałem na różne sposoby, ale jakoś nie grało. Co motyle mogły nazywać swoim? Łąkę? Kwiaty? Skrzydła? Motyle w zasadzie nie posiadają niczego.
Przyglądałem się Cycce, jak siedziała sama w pokoju, zajęta własnym wnętrzem, odcięta od świata w sposób doskonały, cicha. I tak, to było właśnie to! Cisza należała do niej, tylko tego potrzebowała i to nazwałaby swoim.
Miałem drugi wers, a za nim przyszedł czwarty:
Cecylka zmienia się w motyla,
Motyle w ciszy rozkwitają,
I tylko chwila, jedna chwila,
Jest, którą swoją nazywają.
Motyle w ciszy rozkwitają,
Cisza skrzydlata i ulotna,
Jest, którą swoją nazywają,
Przemijająca, bezpowrotna.
Mijało dziesięć dni od rozpoczęcia transformacji. Z jednej strony niewiele, nawet nie pół miesiąca. Z drugiej strony dużo, biorąc pod uwagę do czego doszła Cycka. Pomyślałem o trzeciej, a nawet i czwartej stronie, bo co to za rodzice, którzy przez dziesięć dni nie zauważyli, że ich dziecko zmienia się w motyla (a tymczasem Cycce na głowie wyskoczyły czarne,niekompletnie rozwinięte, ale widoczne czułki). I co to za poeta, który przez dziesięć dni wystękał marne dwie zwrotki?
Te wszystkie strony wytrąciły mnie ze snu. Rano wstałem z łóżka rozdrażniony i zmęczony, a musiałem pomóc siostrze wyszykować się do szkoły. Od kilku dni czesałem ją w koński ogon, żeby ukryć czułki, a na głowę zakładałem jej czapkę.
Jedenastego dnia zacząłem trzecią zwrotkę. Miałem dwa wersy: pierwszy i trzeci. I pustkę w środku i na końcu.
Czułem, że nie mogę niczego przyspieszać. Musiałem czekać na Cecylkę. A w domu rzeczywiście zapanowała ,,cisza skrzydlata i ulotna’’, nabrzmiała moim i jej oczekiwaniem na finał.
Dwunastego dnia nie poszliśmy do szkoły. Transformacja była już tak zaawansowana, że trudno byłoby ją ukryć. Nie mogłem dopuścić do tego, żeby ostatnie akordy motylej pieśni zostały odegrane na oczach tłumu, nierozumnej tłuszczy, prostackiej gawiedzi strzelającej, wieszającej, a następnie lajkującej na fejsie foty uskrzydlonej, przemotylonej Cecylii. Nie, jej ostatnia prosta miała się odbyć w domu, przy mnie i tylko przy mnie. Moja brzemienna siostra miała rodzić samą siebie, a ja chciałem chronić ją przed ciekawskimi spojrzeniami, zapewnić bezpieczeństwo i intymność.
Cały trzynasty dzień spędziliśmy w domu. Trzymałem Cyckę za rękę i przynosiłem jej słoik z miodem, pożywieniem które do tej pory akceptowała. Ale ona nie mogła już jeść, odsuwała od siebie słoik i uśmiechała się przy tym do mnie jakby chciała powiedzieć: ,,nie, teraz już nie, ale dziękuję’’.
Chciała tylko, żebym przy niej był. Ja też tego pragnąłem, a siostra nigdy przedtem nie była mi tak bliska. Siedzieliśmy na łóżku. Ona, dziwaczne stworzenie, w większej części motyl, bezbronna wobec tego, co miało nastąpić i ja, jej obrońca, bezbronny wobec tego, co się działo.
Było dziwnie i strasznie, ale za nic bym tego nie oddał. Czułem, że to ostatnie chwile dawnej Cycki, a ja zostałem przez nią wybrany i tym wyborem wyróżniony. Tak, chciała żebym z nią był, ale było to potrzebne może nawet bardziej mnie, niż jej.
Czternastego dnia obudziłem się i wiedziałem, jaki ma być drugi wers. Brzmiał w mojej rozkołatanej głowie od samego rana, przestał mnie męczyć dopiero gdy go zapisałem.
Cisza skrzydlata i ulotna
Staje jak mgła pomiędzy nami
Przemijająca, bezpowrotna
Otworzyłem drzwi na balkon i wąchałem świt. Poranny chłód był wilgotny i świeży, rozćwierkany, powoli nabierający słonecznych rumieńców. Cecylka jeszcze spała.
Przeczytałem trzy wersy ostatniej zwrotki i zacząłem się zastanawiać, jakie będzie zakończenie. Ale ono nie zależało ode mnie.
Weszła cichutko i dostojnie, na szczupłych ramionach niosąc skrzydła: sięgający ziemi, kolorowy witraż. Opalizowały lśniącymi, transparentnymi barwami, których nazwy szeptałem jak modlitwę. Indygo, oranż i ultramaryna, ochra, indyjski róż, witriol i niebiański błękit, a wszystko pożyłkowane i nakrapiane głęboką czernią. Ta sama czerń lśniła na jej głowie, na której pyszniły się w pełni ukształtowane, ruchliwe czułki.
Wpatrywałem się w siostrę z zachwytem i widziałem, że uszczęśliwia ją mój oszołomiony podziw. Przez otwarte drzwi wyszła na balkon, po czym wspięła się na balustradę, rozpostarła skrzydła i odleciała. Wielki motyl wzbijał się coraz wyżej i wyżej nad naszym szarym blokiem, aż znikł ponad płachtą nisko wiszących stratusów.
A ja dopisałem ostatni wers, który brzmiał tak:
Co zobaczyłaś nad chmurami?
Skończyłem pantum, a opowiadanie też zamknęło za sobą drzwi. Zostało tylko POTEM. A POTEM może być niczym. Albo wszystkim.
Cecylka już to wiedziała.
Ilona Misztal