Kiedy przyszła wiadomość o śmierci Sieriożki, dom dziecka był już ewakuowany poza Moskwę. Znaleźli się na wsi, w ładnym, drewnianym domu, pozbawionym wprawdzie wygód, ale za to położonym w dużym ogrodzie. Podobno był to kiedyś budynek szkoły – Liza nie wiedziała tego na pewno. Wolała wyobrażać sobie, że pełen tajemniczych zakamarków dom stanowił siedzibę jakiegoś świetnego rodu, przechadzała się po licznych pokojach szukając śladów wspaniałej przeszłości. Na piętrze urządzono sypialnie wychowanków i personelu, parter zajmowała duża kuchnia, jadalnia i kilka zaniedbanych pokoików; niektóre po pobieżnym odczyszczeniu przeznaczono na gabinet kierowniczki i prowizoryczne sale lekcyjne, inne stały puste.
Kierowniczka zarządziła przekształcenie trawników w uprawy warzywne, w związku z czym całą wiosnę spędzili bardzo pracowicie: kopiąc grządki, sadząc, plewiąc i przerywając marchew, pietruszkę, buraki i inne ogrodowizny, pod kierunkiem ogrodnika, wujaszka Griszy. Wujaszek miał na oko około czterdziestu kilku lat, ale ponieważ było to oko czternastolatki, dla której wszyscy dorośli w zasadzie stoją nad grobem, w rzeczywistości mógł być trochę młodszy lub sporo starszy. W pamięci Lizy utrwalił się jako mężczyzna wysoki i zwalisty; lubił żartować z dziećmi i utykał na jedną nogę. Nie był specjalnie przystojny, ale w warunkach powszechnej wojennej mobilizacji, kiedy nieraz na całe wsie przypadał jeden – dwóch bezzębnych staruszków, oglądały się za nim wszystkie kucharki i prawie wszystkie wychowawczynie. Starsze dziewczyny wstydliwie chichotały po kątach i aż usta zatykały próbując nie wyjawić strasznego sekretu: podobno sroga kierowniczka, pani Walentyna zakochała się w Griszy. ,,Griszeńka, Grisza, koguciku złoty’’ – robiła do niego słodkie oczy kiedy wydawało jej się, że są sami. Wujaszek podobno ukradkiem odwiedzał kierowniczkę w jej sypialni. ,,Robią tam te świństwa’’ – szeptały dziewczyny – ,,te nieprzyzwoite rzeczy.’’
Liza skończyła właśnie czternaście lat i ze zdziwieniem odkryła, że coś się zaczyna dziać na jej płaskiej jak deska klatce piersiowej. W jednej z opuszczonych salek na parterze było duże, trzyczęściowe lustro: przeglądała się stojąc bokiem do niego, marszczyła bluzkę tak żeby sztywny materiał wznosił się i nadymał, a piersi wyglądały na co najmniej trzy razy większe. Z trwogą zastanawiała się, czy naprawdę aż tak urosną.
Pewnego upalnego, sierpniowego popołudnia dzieciaki z wychowawczyniami, ciocią Tanią i Olgą, wybrały się nad rzekę. W domu została tylko kierowniczka, kucharki i Liza. Walentyna ze wzdychaniem wycofała się do swojego pokoju: kiedy tylko mogła ucinała sobie popołudniową drzemkę. Kucharka i jej pomocnica popijały w kuchni kwas, trajkocząc jak najęte. Liza wymknęła się do sali z lustrem i cicho zamknęła za sobą drzwi, po czym jednym ruchem ściągnęła przez głowę płócienną, niebieską bluzeczkę. Stała przed lustrem na wpół naga i badawczym wzrokiem ogarniała napęczniałe wzgórki. Dosłownie czuła jak rosną, swędziały tak, że miała ochotę je podrapać. Nie usłyszała, że ktoś równie cicho jak przed chwilą ona wślizguje się do pokoju: dopiero w lustrze zobaczyła, że stoi za nią wujaszek Grisza. Instynktownie zakryła się rękami, nie odwracając się w jego stronę. Grisza stał jak wmurowany, z miną jakiej nigdy u niego nie widziała.
– Daj dotknąć – wyszeptał niskim głosem, ale nie ruszał się z miejsca.
Zawstydziła się i przestraszyła, w pierwszym odruchu chciała złapać rzuconą na podłogę bluzkę i uciec. Pomyślała, że wujaszek chyba nie mówi tego na poważnie, ale on milczał i patrzył natarczywym wzrokiem.
– Lizawietka – wyszeptał – Lizawietka.
Powoli opuściła ręce. Patrząc na niego w lustrze zaczęła dotykać swoich piersi. Badała je, głaskała i masowała; wsadziła palec do ust, oblizała go i wodziła po naprężonych sutkach. Wujaszek przysunął się do niej, objął wpół i wtulił w jej plecy. Ocierał się o pośladki, uniósł spódniczkę, głaskał przez dziecinne, białe majteczki. Na plecach czuła jego twarde ciepło, a z lustra spoglądała na nią napięta, czerwona twarz. Dyszał.
Fizyczna bliskość mężczyzny, niecierpliwe, szorstkie dłonie na jej ciele, nagła przemiana dobrodusznego wujaszka w kogoś całkiem innego – to wszystko budziło w niej niepokój i ciekawość zarazem. Jedna część Lizy chciała żeby wujaszek przestał. Druga, mroczna i niezrozumiała, która dopiero zaczynała się objawiać, błagała Griszę o więcej. Czuła, że w tej chwili ma nad nim władzę.
– Nie! – wyrwała się z uścisku. Jedną ręką obciągnęła spódnicę, a drugą schwyciła bluzkę.
– Lizawietko, dlaczego nie? – oszołomiony Grisza zachowywał się jak wyrwany z transu.
Wciągnęła na siebie bluzkę.
– Nie! – podniosła głos.
– Cicho, Lizawietko, cicho – opamiętał się – Nie mów o tym nikomu, pamiętaj.
Nie spojrzała nawet na niego, odkręciła się na pięcie i wyszła.
Całą resztę lata spędziła łażąc za Griszą.
Na różne sposoby starała się wchodzić mu w drogę, niby przypadkiem być w pobliżu. Długie godziny spędzała na ganku z książką w ręku. Nie czytała, ukradkiem przyglądała się jak pracuje w ogrodzie. Przyodziany wyłącznie w robocze, połatane spodnie, spocony Grisza pogwizdywał przy podlewaniu, kopaniu i plewieniu, a ona bawiła się puklami długich, rozpuszczonych włosów, na wpół świadomie go prowokując.
Po południu, kiedy robiło się nieznośnie gorąco, życie w sierocińcu na kilka godzin zamierało. Kierowniczka znikała w swojej sypialni, znikały też wszystkie ciocie i Griszka. Dzieci dobrze wiedziały, że w tym czasie lepiej nikomu nie przeszkadzać, bo można porządnie oberwać.
Liza zaszywała się w najdalszym kącie ogrodu. Znajdowała zacienione miejsce na trawie pod krzakiem agrestu. Ociężałe myśli leniwie snuły się po jej głowie. Ciszę zakłócały tylko przeloty gniewnie buczących bąków i świergot ptaków. Od czasu do czasu strzepywała z siebie jakąś natrętną muchę i przyglądała się białym, strzępiastym chmurom na błękitnym, prześwietlonym słońcem niebie. Powietrze omdlewało, nabrzmiałe od gorąca.
Lubiła zrywać ciężkie i ciepłe owoce z krzaka agrestu. Pod naciskiem jej palców mechata skórka bezwstydnie pękała, ukazując zielony miąższ. Sok spływał jej na palce, oblizywała je, wkładała kwaśny, niedojrzały owoc do ust, wysysała i gryzła miąższ, a skórki wypluwała na trawę. Leżały tam potem, bezbronne i wybebeszone.
Któregoś dnia pod agrestem zastała Griszę. Siedział na trawie, jakby na nią czekał. Ucieszyła się, przyszło jej do głowy, że on też ją śledzi. Podeszła do niego.
– Chodź – złapał ją za ręce i pociągnął w swoją stronę. Nie spodziewała się tego, straciła równowagę i upadła prosto na niego. Roześmiał się i odgarnął z twarzy jej włosy. Leżała na nim, chciała się przesunąć, ale ją przytrzymał. Przeturlał się wciąż mocno trzymając ją w objęciach i teraz to ona była pod spodem. Pocałował ją nagle, gwałtownie, niemalże wduszając w ziemię. Jego dotyk bolał, z trudem łapała oddech, wiła się pod zwalistym ciałem. Chciała zepchnąć go z siebie, ale złapał ją za ręce.
– Cicho – mruczał prosto w jej usta.
Miał nieświeży, śmierdzący oddech, od którego robiło jej się niedobrze.
Rozerwał jej sukienkę i brutalnie miażdżył piersi. Zaczęła płakać.
– Wujaszku, przestań, proszę cię, przestań! – błagała przez łzy próbując odwrócić twarz.
Opór tylko wzmagał podniecenie Griszy. Zrozumiała, że go nie powstrzyma i przestała się bronić. Szlochała tylko niczym małe, przestraszone dziecko kiedy ściągnął jej majtki i wdarł się gwałtownie w jej wnętrze. Patrzyła w górę, na wiszące tuż nad jej głową owoce agrestu i myślała tylko o tym, kiedy skończy się ten przeszywający ból.
Zszedł z niej wreszcie, a ona skuliła się w sobie. Drżącymi rękami próbowała pozapinać guziki sukienki i doprowadzić włosy do ładu. Powczepiało się w nie dużo agrestowych skórek; nie była w stanie wszystkich powyciągać. Wujaszek powoli zapinał spodnie.
– Lizawietko, córuchno moja, to będzie nasz sekret – uśmiechnął się i pogłaskał ją po głowie – Pójdę pierwszy, a ty trochę tu poczekaj.
Przesiedziała pod agrestem aż zrobiło się zupełnie ciemno, dopiero wtedy wróciła, obolała i zawstydzona, jakby zrobiła coś złego. Czekała na nią ciocia Tania. Na szczęście nie zadawała pytań, kazała jej się umyć i iść do łóżka.
Z samego rana rozwścieczona kierowniczka poddała ją przesłuchaniu w swoim gabinecie. Liza uparcie milczała, chociaż z trudem hamowała łzy.
– Ty dziwko, uwodzicielko, już ja ci dam nauczkę! – syczała Walentyna.
Pognała ją na apel i potrząsając bezwolnym ciałem Lizy oznajmiła, że dziewczyna poniesie karę za nieprzyzwoite zachowanie.
– Niech to będzie nauczka dla was wszystkich – toczyła rozjuszonym wzrokiem po śmiertelnie przerażonych twarzach. Kazała cioci Tani przynieść nożyczki, po czym popchnęła Lizę na krzesło i niedbale, zostawiając gdzieniegdzie dłuższe kosmyki ostrzygła jej piękne, długie włosy na zapałkę.
Ciocia Tania bez słowa wyprowadziła dziewczynę do sypialni i zamknęła za nią drzwi.
Liza całą jesień i zimę nosiła na głowie chusteczkę. Przez cały ten czas nie zamieniła z Griszą ani słowa. Do wiosny włosy odrosły na tyle, że mogła zdjąć chustkę.
Ilona Misztal (fragment powieści)
