PRALKA
Szanowni Państwo,
Chciałbym zgłosić do Waszego pisma moją historię, ponieważ ktoś mi powiedział że jest konkurs na historie współczesne. Mnie nie chodzi, żeby wygrać. Ja dla przestrogi. Bo im bardziej się nad tym wszystkim zastanawiam to myślę, że co mnie się przytrafiło, może się przytrafić każdemu.
Z zawodu jestem hydraulikiem, robię na budowach, u nas w okolicy, kładziemy rury. Jako hydraulik może styl mam trochę nie tego, za co przepraszam. Starałem się błędów w ortografii nie narobić i chyba nie narobiłem.
Kiedyś byłem pijący, co może dlatego, że jak się człowiek naharuje w tym brudzie po całych dniach, i w tojtoju sika i wszystko, a jeszcze się przy tym naużera z inwestorem – złodziejem, że tego nie ma i tamtego i grzejników, to już mu sił nie starcza na porządne życie. Inaczej by było, żeby nie ta robota wykańczająca, a tak to codziennie cykałem po piwku. Sześć razy po piwku, jak szedłem do domu. Koledzy też nie od tego. A w domu żona terkotała, ter ter ter, ter ter ter. Bez przerwy. Telewizję człowiek wieczorem włączył, rozerwać się chciał, a ona terkotała. Jadłem przy tym terkotaniu, spałem, goliłem się, nawet gazetę czytałem. Mówią, że do wszystkiego idzie przywyknąć. I też nie powiem, że nie przywykłem. Nie zwracałem uwagi, przywykłem, piwka też robiły swoje. I tak przeleciało.
Dopiero niedawno, ksiądz mnie namówił. Zaszedłem na mityng, posłuchałem tych łajz i przysięgłem sobie, że koniec z piciem. Poszedłem do domu, z żoną się lepiej skomunikować. Wchodzę z tą moją dobrą nowiną, że już nie piję, a ona nawet do przedpokoju nie wyjdzie, jakby nie słyszała. Terkocze w najlepsze.
– Elka, co ty k-wa wyrabiasz? – krzyknąłem do niej – siądź i porozmawiaj, chciałem cię k-wa przeprosić.
Z pokoju wyszedł chłopiec, może ze czternaście lat, taki tam pryszczaty, chudy, na komórce grał. Nawet okiem na mnie nie rzucił.
– Cześć tato – tak mnie przywitał, przeszedł przez przedpokój, z lewej na prawą, i zamknął się w drugim pokoju.
– Tato – z pokoju z którego wyszedł chłopak, wychyliła się dziewczynka, trochę młodsza od chłopaka, córka najwyraźniej i niezadowolona – nie przeklinaj!
Zdziwiłem się, bo kiedyś coś tam rzeczywiście po podłodze pełzało, a tu masz, dwoje dzieci nastolatków prawie, ale przeklinać? W życiu.
– Mama pierze – powiedziała dziewczynka.
Żonę Elżbietę zastałem w kuchni. Na mój widok postawiła na stole talerz z gulaszem. Sama nie jadła. Wyszła z kuchni. Terkotała.
Najadłem się pod wierzch i jak sobie trochę odetchnąłem po jedzeniu, zacząłem się zastanawiać, co się z kobietą dzieje. Nie chciało mi się tak od razu od stołu wstawać, to zawołałem żeby przyszła do kuchni. Przyszła, zdenerwowała mnie strasznie, bo stała mi nad głową i tylko ter ter ter, ter ter ter. A w tym terkotaniu coś jakby poszum, wizg, wsysanie i bulgot dały się słyszeć. Jakby pralka prała. Chwili ciszy nie było.
– Usiądź – powiedziałem do niej. Usiadła. Teraz mogłem jej się lepiej przyjrzeć, ale szumieć i terkotać nie przestała. Głowa latała jej jak satelita wkoło ziemi, tylko ze sto razy szybciej.
– Bulbulbulbulbulbul.
Po przyjrzeniu okazało się, że ta głowa była jednocześnie bębnem pralki automatycznej. Pomyślałem, że teraz z nią nie pogadam, muszę poczekać aż skończy. Właśnie odwirowywała. Leciała na wysokich obrotach, trochę głośno.
Wirowanie zajęło jej z pięć minut. Potem otworzyła paszczękę i do plastikowego koszyczka wypluła z kilo białego, prawie suchego. Poszła to wywiesić na balkon, a jak wróciła, zaraz załadowała kolor. Nie dało się z nią słowa zamienić, taka była zajęta. Poszedłem do tej małej, tej córki, zapytać się. Trochę się zdziwiła, ale dzieciak wychowany, nawet słuchawki z uszu wyciągnęła jak poprosiłem.
– Z czterech osób to można prać i prać i końca nie widać –powiedziała.
Następnego dnia w robocie zwierzyłem się koledze, a on mi na to, żebym do psychiatry poszedł. Nie uwierzył mi. Pewnie że nie poszedłem, w końcu sam wiem, że nie jestem szurnięty.
Jako hydraulika zainteresowało mnie kilka szczegółow technicznych, na przykład jak Elka nabiera i spuszcza. W domu musiałem dokładnie sobie wszystko pooglądać. Nie będę zanudzać szczegółami, jak kto chce to mogę podesłać schemat.
Z ciekawości zaprogramowałem Elkę na delikatne pranie, a jak skończyła, to poleciała bielizna w 90 stopniach i wirowanie 1400 obrotów na minutę. Siedziałem w fotelu, w dużym pokoju, a ona tak mocno się trzęsła, aż ją woziło po pokoju, co nie było tak do końca bezpieczne, bo mogła walnąć w telewizor i go uszkodzić. Jeszcze raty spłacałem, kino domowe, 42 cale, głośniki i wszystko, to szkoda by było. Trzeba było ją lepiej wypoziomować.
– Wiu, wiu, wiu.
Ciało Elki z coraz większym trudem utrzymywało równowagę. Patrzyłem na to ciało, które kiedyś i owszem, lubiłem pomiętosić. Nie była jeszcze stara, ale już można było ocenić, że zestarzeje się na wiór. Zaczynała schnąć, tracić masę, drewnieć i sękowacieć.
Tylko podługowate cycki się odznaczały z całej Elki: wprawione w ruch wirowy latały bez ładu i składu, jak krzesełka przyczepione do jakiejś stukniętej karuzeli. Osobiście wolę, jak baba starzeje się na mięso: nabiera masy, brzuch jej sterczy, a na brzuchu wystawka dorodnych melonów. Taka baba jak siądzie, to dwa krzesełka jękną. Babocha! Miałem nadzieję, że Elka zmieni się w babochę: za młodych lat była z niej konkretna dziewczyna, z tyłkiem i wszystkim. Ale co, życie tak ją wyniszczyło, dom, dzieci, obowiązki. Nie oszczędzała się. Wiadomo.
Tak sobie dumałem na fotelu, a ona nie przestawała wizgotać. Zajeżdżała tym wizgiem w uszy, raz wyżej raz niżej, z lewej i prawej, aż bolało. Pomyślałem, że coś to za długo trwa, nawet jak na 1400 obrotów i długi program. W dodatku zaczęło trochę śmierdzieć podpalonym przewodem elektrycznym. Wstałem i obwąchałem ją porządnie, żeby zobaczyć co jej się przepaliło. Wtedy zatrukotała raz i drugi, trurtrur, trurtrur i zwolniła obroty do zera. Włosy jej wstały, oczy w słup i koniec. Próbowałem ją trochę klepnąć, wiadomo, że czasem pralka pójdzie po takim klepnięciu, chciałem żeby chociaż dokończyła to pranie, ale nic. Zatrzymała się i tyle. Wyładowałem majtki, co się prawie wygotowały w tych 90 stopniach. Wyszły szaroczarne. Zafarbowały. Może z poprzedniego prania zostało coś czarnego i puściło kolor? Zezłościłem się, nawet trochę na nią krzyknąłem, bo kto by się nie zdenerwował, wszystkie moje majtki poszły się je…, w tym takie modne, hendersony, do roboty nigdy ich nie zakładałem. Kurde, ze dwa razy miałem na sobie. Jeszcze się denerwuję jak mi się przypomni.
Elka nie zareagowała na te moje nerwy, stała jak słup, z wytrzeszczonymi oczami i włosami do góry. Zajrzałem jeszcze do bębna, żeby sprawdzić co się tam czarnego zaplątało. Dla pewności pokręciłem kilka razy, ale nic nie było. Skąd to czarne? Z głowy? Czy jak?
Czytałem kiedyś w jakimś babskim czasopismie – nie żebym kupował, Mariusz, kolega z pracy, kanapkę w coś takiego zawinął, bo nic innego akurat pod ręką nie miał – czytałem, że kobity strasznie się frustrują, bo same stare panny, czyli singielki, nikt się z nimi żenić nie chce. Zdjęcia nawet były tych singielek niepożenionych, to się zdziwiłem, bo niektóre całkiem do rzeczy, tylko – przepraszam za wyrażenie – kurwy straszne, nic tylko puszczają się z tej frustracji na prawo i lewo. A w tej gazecie też im podbijają bębenek, co drugi artykuł o tym, jak faceta zadowolić, coś jakby czasopismo fachowe. No ale to paniusie na szpilkach, takie z siłowni, czerwonymi samochodzikami po Warszawie posuwają i w domu nic do roboty nie mają, tylko czytać jak to im źle. Gdzie tam do nich mojej Elce? Czym ma się frustrować, jest mąż, dwoje dzieci, dom. Ona ma co robić, nie musi czasu marnować na myślenie. Skąd to czarne u niej w głowie, całe pranie zafarbowane. A musiało być z głowy, no bo skąd.
– Elka – mówię do niej, chociaż nie wiem, czy mnie słyszeć mogła – co ty się tak martwisz, pranie farbujesz. Wszystko dobrze jest przecież.
Wtedy aż mnie coś w sercu zakłuło, taki moment wzruszający, bo Elka tak jak stała, taka wiórowata, rozczochrana i przepalona, z tymi cyckami do niczego, nagle zaczęła przeciekać. Niedobrze to wyglądało. Pod jej stopami powolutku zbierała się kałuża, co było całkiem niefajne, a w dodatku nie miałem pewności, czy nie jest pod napięciem.
– Elunia, przestań – odzywam się do niej łagodnie – nie puszczaj wody, może być spięcie. Zdawałoby się, normalnie, jak do człowieka powiedziałem, ale ta durna się wściekła. Dosłownie, sypała iskrami. No, to wtedy byłem już pewien, że jest spięcie. Musiałem wyłączyć korki. I przestała. Oczy zamknęła i pieprznęła na podłogę, jak długa. Naprawdę była źle wypoziomowana. Rozebrałem ją na części, żeby sprawdzić, co w niej wysiadło. W głowie rzeczywiście miała trochę czarnych paprochów, ale to by się z czasem wyprało. Prawdziwym winowajcą był programator: byle jaki, plastikowy – dotkniesz i się łamie. Taki chiński badziew, jednorazówka. Nie opłacało się naprawiać, więcej by to kosztowało niż cała pralka warta. Wziąłem i wyrzuciłem ten programator do kosza, a po namyśle pralkę wystawiłem do śmietnika. Może komuś się na części przyda, to sobie weźmie.
No i właśnie przed tym chciałem ostrzec, co na początku mówiłem. Nie ma co brać badziewia. W zakupie niby tańsze, ale zaraz coś się spieprzy i do wywalenia. To się w ogóle nie kalkuluje. A najgorsze te chińskie jednorazówki. Teraz kupiłem sobie porządny sprzęt, niemiecki, wytrzymały. Na lata. Nie powiem marki, żeby nie było kryptoreklamy.
Z poważaniem
Jan (nazwisko i adres nieznane redakcji)
P.S.: Chciałem jeszcze dodać, że żonie trzeba od czasu do czasu pogrzebać przy programatorze.