z charakterem
i bez
Oczywiście, że pamiętam, kiedy to się zaczęło. Kobiecie w moim wieku zaproszenie na randkę na kanapie nie przytrafia się codziennie. A mnie właśnie wtedy się przytrafiło.
Sąsiad z klatki, Mirosław, zawsze zwracał na mnie uwagę. Podobałam mu się od samego początku, odkąd trzy lata temu sprowadzili się z Danusią. Kiedy mijaliśmy się na schodach, czy gdzieś pod blokiem, w warzywniaku albo spożywczym, zawsze przystanął, porozmawiał. Oczywiście na stopie przyjacielskiej, tylko i wyłącznie. To znaczy, dopóki żyła Danusia.
Nie mieli dzieci, ani chyba żadnej bliskiej rodziny, a znajomi okazali się jak te przysłowiowe szczury na statku: kiedy wyczuli złe czasy i nieszczęście, zaraz ich nie było. Dlatego kiedy Danka zachorowała, Mirosław zaczął zaglądać do mnie.
Przychodził, żeby się wyżalić, a ja robiłam mu kawę albo herbatę, krzątałam się po kuchni, i nie przeszkadzałam w gadaniu. A jak już pozbył się tego, co leżało mu na sercu, ze smakiem zjadał zupę, która się przez ten czas zdążyła ugotować i nie mógł się jej nachwalić. Z początku czuł się trochę skrępowany, ja też, ale jak już tych zup pojadł i na dobre zasiedział krzesło bliżej okna, przywykliśmy do swojej przy drugim obecności. Oswoiliśmy się nawzajem, obwąchali i zaakceptowali.
To wcale nie znaczyło, że Mirosław nie przeżył śmierci Danusi, o co go oskarżało kilka starych dewotek z naszego bloku. Nikt mu w oczy niczego nie powiedział, nie stanął przed nim wygrażając palcem – ale pomówienia wisiały w powietrzu, a pomarszczone gęby demonstracyjnie odwracały się od niego.
A on naprawdę żałował Danki, dobra z niej była kobieta, pracowita i jeszcze niestara, ledwo po sześćdziesiątce. I nikomu by takiej ciężkiej choroby i śmierci nie życzył, a co dopiero żonie, z którą tyle lat w spokoju i zgodzie przeżył – chociaż bez fajerwerków, bo ona nie bardzo lubiła, jak mi się któregoś razu zwierzył.
W tamtym czasie, jakieś pół roku temu, przeszłam na emeryturę. Nie mogłam się już tej sześćdziesiątki doczekać, dosłownie dni miałam policzone. Niby tak zachęcają, żeby pracować dłużej, mamią tym dodatkowym marnym groszem, ale w pracy szef na długo przed moim odejściem już miał dziewczynę co się na moje miejsce przyuczała. Młodsza od mojej córki, nogi do ziemi, włosy do pupy – Gen Z i tyle w temacie …
Mogło być mi z tego powodu przykro, że przy pierwszej okazji, jak suchego badyla chcą się mnie pozbyć, ale postanowiłam, że w ogóle nie będę się przejmować. I dobrze, bo w domu czekał nawet nienajgorszy tort od Mirosława, akurat świeżo owdowiałego. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystko się dobrze złożyło, ale jakoś tak wypadło, że jemu było lżej w żałobie, a mnie nie przygniotła depresja wczesnej emerytury.
Smutek był, owszem, mimo to oboje czuliśmy, że wciąż mamy po co żyć, chociaż broń Boże żadne deklaracje nie padły, ani na przyszłość, ani że chodzimy ze sobą. W naszym wieku to już niepotrzebne, a krzywdy przecież nikomu nie robiliśmy, prawda? Co do Danusi, to Mirosław pochował ją godnie, piękny pomnik wystawił no i co, trzeba było pogodzić się ze stratą i dalej ciągnąć ten swój wózek. Z wiekiem robi się łatwiej, człowiek nabiera wprawy.
Tamtego dnia spotkałam go na schodach, właśnie wracałam od fryzjera ze świeżą farbą na głowie, i czułam się zaskakująco piękna. A z jego spojrzenia szedł do mnie komunikat wyrażony bez słów, ale oczywisty: chcę żebyś była moja. Czytałam kiedyś w Onecie, że jak się kobieta czuje piękna i pożądana, to nabiera mocy. Nie ma znaczenia, że w lata trochę zapędzona, ani jak naprawdę wygląda – chodzi o jej wewnętrzne przekonanie, jej pewność.
To napisała jakaś ważna pani psycholog, ale aż do tamtego sam na sam z Mirosławem na schodach, kiedy na krótką chwilę czas się dla nas zatrzymał, nie bardzo wierzyłam. A nawet gdyby, myślałam, to emerytka, choćby i początkująca, nie ma szans na taką pewność siebie powstałą z męskiego zachwytu.
Uśmiechnęłam się do niego. Nie jak zmęczona życiem stara baba do pokręconego reumatyzmem chłopa – nie mężczyzny właściwie, a raczej konia roboczego, co w kieracie swoje lata przedreptał.
Uśmiechnęłam się, jakbyśmy mieli te zbiegłe lata wciąż przed sobą. Jakby wciąż było nam warto poznawać kogoś i tracić czas na miłość. Jakbyśmy nie dźwigali każde swojego garba wypełnionego po brzegi gorzkimi migdałami rozczarowań, strat nie do odrobienia i uczuć, których nie było komu dać.
Uśmiechnęłam się do niego nie swoimi emeryckimi wargami, a wciąż bijącym we mnie płochym sercem młodej dziewczyny, obiecując coś i w tej samej chwili figlarnie wycofując się z obietnicy, wpatrzona w jego oczy, szukająca w nich zachwytu i akceptacji. Na tę moją bezczelność odpowiedział z entuzjazmem i bez wahania.
– Pięknie wyglądasz.
Słowa, mało wyszukane, wręcz pospolite, nie były ważne. Liczyło się to, że Mirosław mnie ujrzał. Mnie zalotną, lekkomyślną i młodą.
Pokiwałam więc głową, lekko dotykając dłonią włosów świeżo pokrytych farbą ,,w stylu ombre”. Fryzjerka, zalatana samotna matka dobiegająca czterdziestki, która namówiła mnie na tę śmiałą metamorfozę, miała wielki tyłek upchany w obcisłe legginsy do kolan. W dużym lustrze przed którym mnie posadziła widziałam go aż za dobrze, tak samo jak jej zażylaczone łydki i opuchnięte kostki. I spojrzenie, jednocześnie twarde i zagonione.
Myła mi głowę, nakładała farbę, strzygła i układała włosy a jednocześnie prowadziła niekończącą się rozmowę przez komórkę, którą kurczowo ściskała między uniesionym prawym barkiem i uchem. Tłumaczyła synowi, pierwszoklasiście zostawionemu samotnie w domu na długie godziny jej pracy, jak ma sobie podgrzać obiad ( – bo nie załapał się na świetlicę – rzuciła w moim kierunku coś w rodzaju wyjaśnienia, nawet nie siląc się na uśmiech).
Słyszałam oczywiście tylko jedną część tej prowadzonej podniesionym głosem i dość nerwowej rozmowy, ale to wystarczyło, żebym z ulgą pomyślała, że morderczy bieg z przeszkodami, jakim jest życie samotnej matki, dla mnie na szczęście już się skończył.
Rzadko myślałam o Pawle; po co zaśmiecać sobie myśli kimś, kogo dla mnie od dawna tak jakby nie było. Zostawił mnie kiedy dzieci były małe. Przy czym słowo ,,zostawił” nie do końca odpowiadało prawdzie. Paweł po prostu się ulotnił. Jednego dnia był, leżał z piwem na kanapie i brzdąkał na tej swojej obdrapanej gitarze, a drugiego znikł, a z nim kilka starych łachów, zdjęcie dzieci zrobione na Boże Narodzenie, instrument i tysiące niewydarzonych pomysłów na życie, które nigdy nie było takie, jakie ewentualnie byłby skłonny zaakceptować.
Gardził zwyczajnymi ludźmi, anonimowym tłumem niewyspanych głów, kiwających się zgodnie w autobusach wiozących je do roboty na szóstą trzydzieści. On swojej arystokratycznej głowy nie podnosił z poduszki przed dziesiątą – ja o tej porze już dawno musiałam być w pracy, jak mówił: ,,ogłupiającej, monotonnej i pozbawionej pierwiastka kreatywności”. Może i taka była, ale tylko dzięki niej mógł leżeć i wydziwiać na świat.
Teraz, kiedy zdarza mi się o nim myśleć, czuję pewnego rodzaju zażenowanie: jak mogłam być z takim cymbałem, mieć z nim dzieci, dogadzać bez żadnej miary i ślepo wierzyć w każdą bzdurę, którą mi wciskał. Ale wtedy, zaraz po jego odejściu, byłam zrozpaczona. Jakby zabrał z mojego życia wszystkie kolory. Pewnie go kochałam.
Ocaliły mnie dzieci, konieczność zajmowania się nimi, karmienia, kładzenia do łóżeczek, przytulania na dobranoc. Nie do końca rozumiały co się dzieje: Wiktor miał niecałe cztery latka, Agnieszka ledwo skończyła pięć. Nie mogłam rozczulać się nad sobą, trzeba było zacisnąć zęby i żyć dla nich.
Tylko że czasami mam wrażenie, że z tymi zaciśniętymi zębami dociągnęłam aż do emerytury. Mówiłam sobie, że nie chcę mężczyzny – a może nie spotkałam nikogo, dla kogo chciałabym kolejny raz stracić rozum i święty spokój.
Owszem, kiedy dzieci były na tyle duże, że chciały jeździć na wakacje bez mamy, zdarzyły mi się jedna czy dwie letnie przygody. Ale nie wpuściłabym żadnego mężczyzny do mojego domu. A przecież chyba na tym polega związek? Na wpuszczeniu kogoś do siebie, takim jaki jest. Zresztą, co ja się będę wymądrzać, akurat w tej dziedzinie żadna ze mnie ekspertka.
Trochę odbiegłam od tematu, a tymczasem moja sytuacja osobista przedstawiała się nieoczekiwanie dobrze. Mirosław się w pewnym sensie zadeklarował, jak to się współcześnie mówi ,,przenosząc naszą znajomość na kolejny level”. Czyli: wprosił się na randkę. U mnie, na kanapie, o dwudziestej.
Zapowiedział, że przyniesie wino, a jak zapytałam, na ile to uroczysta okazja i jak powinnam się ubrać, to stwierdził, że nawet jak się wcale nie ubiorę, to będzie dobrze, a może i lepiej. Jak kto woli, banał albo żenada, ale mimo wszystko wysilił się, a od tej frywolnej strony go nie znałam.
Jego nieskrywane podniecenie podziałało na mnie jak zastrzyk energii. Poleciałam na zakupy, przesmażyłam jabłka, zagniotłam ciasto. Kiedy szarlotka siedziała już w piekarniku, zaczęłam ogarniać siebie. Depilacja, makijaż, no i wielkie przewalanie szafy. Przymierzając ciuchy podupadłam trochę na duchu: okazało się, że te trzy kilo, co udało mi się zrzucić, jakoś nie przekłada się na moją atrakcyjność w odzieży. Bez odzieży zresztą też nie.
Być może bym się załamała, ale – jak każda matka – mogłam liczyć na dzieci. Nieważne w jakim są wieku, mają niesamowitą zdolność sprowadzania rodziców do parteru. I niesamowitą umiejętność wyczuwania, w którym momencie zadzwonić, żeby było jak najtrudniej odebrać.
Byłam dosłownie uwięziona w sukience-etui (taka nazwa, nie żartuję), która okazała się raczej etui na skromne okularki, a nie naturalnie dobrze rozwinięte, dojrzałe kobiece ciało, kiedy zadzwoniła Agnieszka. Jedyną niespętaną przez strój ręką przewalałam stosy ubrań w gorączkowym poszukiwaniu ukrytej gdzieś pod tym wszystkim komórki. Jest! Odebrałam w ostatniej chwili.
– Halo! – wydyszałam. Zważywszy na okoliczności, nic dziwnego.
– Mama? – głos Agnieszki brzmiał trochę podejrzliwie – Coś się stało?
– Nic się nie stało, telefon mi się zapodział, ledwo zdążyłam odebrać. Co tam?
Zamiast po prostu odpowiedzieć, zaintrygowana moim sapaniem Agnieszka zaczęła drążyć.
– Wybierasz się gdzieś?
– Niezupełnie.
– Bo brzmisz jakbyś się spieszyła.
Agnieszka ma właściwy jej pokoleniu, a dla mnie paskudny zwyczaj posługiwania się zwrotami w stylu: ,,brzmisz”, ,,zaopiekowany”, ,,balans”, czy ,,destynacja”. Pewnie przez te wszystkie lekcje angielskiego, na które się zaharowywałam przez całe jej dzieciństwo. A mogłam posłać ją na balet …
– Ktoś ma do mnie przyjść – odpowiedziałam – a co u ciebie?
– No, lepiej usiądź – oznajmiła to takim tonem, że rzeczywiście przysiadłam na kupie zmiętoszonych ciuchów.
– No i? – przerwałam przydługą ciszę.
– Będziesz babcią! – radośnie oznajmiła moja pierworodna. W tle było słychać jakiś łomot, jakby niewydarzony mąż Agnieszki właśnie wywalił zawartość zmywarki na podłogę. I wrzaski dwójki moich wnuków.
– Już jestem babcią – zauważyłam.
– Wojtek! – Agnieszka usiłowała opanować komplikującą się sytuację domową – Anielka zjada psią karmę!
– A Franio? – próbowałam się dopytać co u wnusia.
– Franio też! Weź coś zrób z nimi! – Agnieszka wydarła się na męża, ale na próżno, u niego nic nie jest szybko. To raczej wyluzowany koleś, dredy, kolorowe spodnie przypominające modne kilka sezonów temu damskie aladynki, srebrne pierścienie na palcach. Zajmuje się ekologiczną uprawą jakiegoś zielska. Dużo wolnego czasu, zero stresu. Niedawno czytałam artykuł w Onecie, o tym, że stres osłabia plemniki.
No, mój zięć plemniki ma zadbane(,,zaopiekowane”, jakby powiedziała Agnieszka).
– To gratulacje – zabrzmiało mało entuzjastycznie, ale – cholera jasna – żeby tak się dać usidlić? Nie rozumiem własnej córki, po co były studia, ta cała emancypacja i prawo wyboru? Żeby wybrać siedzenie w drewnianej chałupie ogrzewanej chrustem? Z mężem co się zielskiem zadowala i coraz większą gromadą dzieci? Zdusiłam te wyrzuty w sobie. Przecież nie mogłam powiedzieć jej co myślę, nigdy nie mówiłam.
– Kiedy się urodzi? – zapytałam błagając niebiosa, żeby jak najpóźniej.
– Urodzą się – ta wariatka moja córka wyraźnie się cieszyła, a mnie aż zatkało. Jakie ,,urodzą się”? A ona dalej paplała sobie beztrosko.
– Będą bliźniaki, chłopcy.
– Kiedy? – zapytałam tak słabym głosem, że Agnieszka się obraziła.
– Och, nieważne – rozgoryczyła się – mogłabyś przynajmniej udawać, że się cieszysz.
– Jak ty się cieszysz, to ja też.
– Ja się cieszę.
– No to ja też.
I tak sobie rozmawiałyśmy jeszcze chwilę. Agnieszce powoli przeszło, mnie też, ale nawet w momentach największej poufałości nasze rozmowy nie trwają długo. Ona i ja, matka i córka, dwa różne światy.
Na szczęście Anielka wsadziła psa do pralki i Agnieszka musiała natychmiast kończyć.
– No to pa – pożegnałam się.
– Pa mamo – i już jej nie było. Zniknęła w tym swoim niezrozumiałym życiu, które z moim zazębia się tylko od czasu do czasu.
A ja nagle poczułam się stara.
Jeszcze pięć minut temu byłam całkiem do rzeczy kobitką, energiczną babką z biglem, która – chociaż zupełnie tego po niej nie widać – jest sobie na emeryturze. Ma czas na rozwijanie swoich pasji (gotowanie?), zmienia się (fryzura), wchodzi w relacje (Mirosław). I co? Agnieszka bez pytania zrobiła ze mnie zaawansowaną babcię. Co ja mówię? Jaką tam ,,babcię”! Babuleńkę. Starą, steraną życiem, z czwórką wnucząt na karku. A przez te swoje fochy nawet mi nie powiedziała, kiedy ma termin.
W pięć minut odechciało mi się wszystkiego: fryzury, strojenia się na randkę, a już szczególnie seksu z Mirosławem. Siedziałam oklapnięta na łóżku zarzuconym szmatami. Wielka, kolorowa góra ubrań, których nie miałam po co wkładać. I nie miałam na co wkładać, bo przecież bez patrzenia w lustro wiedziałam, że ciało mam nieidealne. Tyłek jak dwie obfite porcje galarety z nóżek, pokaźne uda. No i to brzuszysko. Nie, pomyślałam, następny raz całkiem goła to się pokażę jak mnie w zakładzie pogrzebowym do trumny będą myć. Chociaż może każę się bez mycia pochować, szkoda zachodu.
I w dupie mam ,,ciałopozytywność” i zapuszczanie siwaków. Cała ta niby afirmacja starości to zwykłe mydlenie oczu dla czterdziestek co dopiero z rozmiaru 36 wyrastają, a swoje zmarszczki oglądają chyba przez lupę. Jakby to naprawdę było takie cool, toby w kółko nie puszczali fotek przeróżnych celebrytek w kostiumach kąpielowych z podpisami ,,WOW, sześćdziesiątka, a ciało dwudziestki”. I wszystkie te sfotoshopowane lalunie kiwają wypielęgnowanymi buźkami, trzęsą bujnymi doczepami i z poważnymi minami klepią jedną mantrę: omm, nauczyłam się akceptować i kochać moje ciało. Tylko zapominają przy tym dodać: moje nienaganne, wyrzeźbione masażami, siłownią i dietą, chirurgicznie zmniejszone i powiększone w odpowiednich partiach ciało. Hipokrytki, pewnie mają niezły ubaw widząc ,,naturalne”, siwe, zapasione babki z miotłą pod każdą pachą.
Podsumowując, zupełnie nie byłam w nastroju na randkę i już miałam dzwonić do Mirosława żeby odwołać, ale poczułam smród. Szarlotka! – jak błyskawica przeleciało mi przez mózg i pognałam do kuchni ratować. Nie powiem, kłębów dymu nie było, ale przypaliła się konkretnie. W zasadzie nadawała się do wyrzucenia.
Ale ja mam taką jakby komsomolską zawziętość w sobie i jak się robi trudno, to jest mi jakoś łatwiej. Nikt nie lubi jak mu się szarlotka przypali, wiadomo, ale w tamtym momencie to mi dało pozytywnego kopa.
Nie, pomyślałam z nagłą zajadłością, byle ciasto randki mi nie zniszczy. Ani moje sflaczałe uda. Ani Agnieszka i jej dziwaczne podejście do życia. Ani Wiktor, który do matki dzwoni dwa razy w roku, żeby złożyć życzenia świąteczne i urodzinowe, a swoje życie okrywa taką tajemnicą, aż zaczęłam na poważnie podejrzewać, że jest głęboko zakonspirowanym szpiegiem.
No bo jak inaczej miałam sobie tłumaczyć to, że nigdy nie wiedziałam, gdzie aktualnie przebywa mój syn? Zupełnie jak Paweł, przebiegło mi przez chwilowo niestrzeżoną głowę i poczułam, jak na krótki moment boleśnie kurczy mi się serce.
O moim byłym mężu też nic nie wiedziałam. Kilka lat temu ktoś, dawny znajomy, zadzwonił do mnie. Paweł podobno był chory, potrzebował pieniędzy. Rzuciłam słuchawką. Zostawił mnie z dwójką dzieci, niemalże bez słowa, a teraz chciał kasy?
Boże, ile mnie to kosztowało! Iks nocy nie mogłam spać, wyobrażałam sobie, że on umiera, całkiem sam. Ta myśl była nie do zniesienia, cała się trzęsłam ze strachu, że Pawła nie ma, i już nie ma szans na to, że wróci, a przynajmniej że jeszcze go zobaczę, chociaż jeden, jedyny raz.
Wyrzucałam sobie, że przez głupią dumę przekreśliłam wszystko co mogłoby się stać. Ale nie mogłam, naprawdę nie mogłam kiedy Mariusz zadzwonił i tak prosto z mostu poprosił o pieniądze. Musiałam pokazać, jak bardzo jestem zła. Powinien był zadzwonić drugi raz. Nie zadzwonił.
A Paweł na szczęście wyszedł ze szpitala, chociaż było z nim źle. To wiem.
Wiem również, że żyje. I jest sam. Wiktor powiedział mi to wszystko pół roku temu, kiedy zadzwonił na moją sześćdziesiątkę. On jeden utrzymuje z ojcem jakiś kontakt. Agnieszka nie. Chociaż nigdy o tym nie mówi, domyślam się, że ma do niego żal. Jako starsza siostra dużo więcej rozumiała niż Wiktor. Może stąd tyle tych dzieci? Chce dać im więcej, niż sama w domu dostała.
Wiktor z kolei nie chce się z nikim wiązać. Żadnej rodziny, żadnych dzieci, żadnych zobowiązań, nawet psa nie chce. Tak twierdzi, ale kto wie, może za rok zaprosi mnie na ślub. Albo i nie zaprosi, tylko kiedyś, bez wstępów i wyjaśnień oznajmi, że wyjeżdża do Pekinu, do dzieci i żony. Chinki zawsze mu się podobały.
A kiedy go poproszę o zdjęcie wnuków, po swojemu wykrzywi usta i wyrazi zdziwienie, bo ,,chyba nie przepadasz za wnukami?” – a ja będę wtedy miała przed oczami obraz mojego słodkiego, małego synka, który pierwsze miesiące życia spędził kurczowo wtulony w moje ciało, jakby stanowił jego część.
Dzieci są po to, żeby niszczyć rodzicom te ostatki w miarę normalnego życia, kiedy nasze wypróżnienia wciąż obywają się bez asysty i kiedy jeszcze mniej więcej pamiętamy co, kiedy i z kim nam się przytrafiło. Wchodzą człowiekowi na głowę i do głowy i nie chcą wyjść, nawet jak są już zupełnie dorosłe. Nie wychodzą NIGDY.
Dużo się mówi o przemocy wobec nieletnich. Przemoc wobec rodziców odbywa się bez rozgłosu, po cichutku. Dziecko w mniej lub bardziej zawoalowany sposób grozi ci zerwaniem, jeżeli uchybisz jego oczekiwaniom. I nikt nie ocenia cię tak źle jak ono, tego możesz być pewien.
No i takim pokrętnym sposobem doszłam do postanowienia, że stawię czoła oczekiwaniom Mirosława w całej mej fizycznej okazałości. I nie będę się wstydzić dojrzałego ciała, bo w końcu z Mirosława też nie żaden Apollo. Z wyglądu to powiedziałabym taki bardziej Cejrowski. I też dużo o świecie wie, dobrze się z nim rozmawia. W końcu były nauczyciel akademicki, chociaż nie miał okazji po świecie podróżować. Raczej Polska i kraje ościenne. Zajmował się czymś trochę dziwnym, jakąś etnografią słowiańską czy etnologią, jeden diabeł jak dla mnie. Musiałabym dopytać.
Czas mijał nie oglądając się na moje problemy i okazało się, że do przyjścia Mirosława zostało mi raptem piętnaście minut, a chciałam jeszcze odkurzyć dokładniej obok łóżka i przy kanapie.
Złapałam pierwszą z brzegu czarną sukienkę z rękawkiem trzy czwarte, lekko opiętą w biodrach, ale tak ze smakiem, bez przesady, a resztę szmat wepchnęłam do szafy jak leciało, aby tylko drzwi się dało zamknąć. Potem wsiadłam na odkurzacz.
Zajeżdżałam nim tu i siu, wpychając giętką rurę w każdy zakamarek. I właśnie w trakcie zajeżdżania pod kanapą zauważyłam coś dziwnego, czego w tamtym momencie nie potrafiłam nazwać.
Było nieduże i wyglądało jak przezroczysty płat naskórka, o kształcie przypominającym nieregularny prostokąt mniej więcej dziesięć na piętnaście centymetrów. Przezroczysty, ale nie matowy, ani nie bezbarwny. Lśnił, a raczej mienił się kolorami: pomarańczą, zielenią i brązem, z maleńkimi plamkami żółci. Wyglądał jak kawałeczek okna witrażowego, obtłuczony przez nieostrożnych szklarzy. Zbyt mały, żeby z układu barw domyślić się, co przedstawiał cały rysunek.
Podniosłam go bardzo delikatnie, żeby przyjrzeć się z bliska i dostrzegłam leciutkie, widoczne pod światło ślady, jakby narysowane subtelnymi pociągnięciami pędzelka złote kreseczki, układające się w kształt drobnych, regularnych łusek. Co to było?
Ostrożnie włożyłam ,,rybią łuskę” (tak to coś w myślach nazwałam) do plastikowego pojemniczka na jedzenie, żeby pokazać Mirosławowi. Jak taki mądry, to powinien chyba wiedzieć, co to jest.
***
Od początku było jakoś niezręcznie. Przyszedł co do sekundy, punkt dwudziesta zero zero, jakby stał pod drzwiami z sekundnikiem i odliczał czas do startu. Miał kwiaty i butelkę wina, jak należy i jak się umówił. (Bukiet z marketu, za jakieś dwadzieścia zeta, wino nie wiem, Paweł by ocenił, ja tam się nie znam.)
Zlał się wodą kolońską, nawet źle nie pachniała, musiała mu Danka na jakieś święta kupić. Bo sam by przecież kilku stówek na pachnienie nie wydał, pomyślałam złośliwie.
Rozczarował mnie ten marny bukiet i podejrzana (w domyśle: tania) butelka. I jeszcze to wiecznie plączące się gdzieś w tle wspomnienie Danki nieboszczki, i ten uparty fragment piosenki: ,,rozpijam wino ze swoją dziewczyną” (kto to śpiewał?). ,,Raczę się siarą ze swoją starą” – dodałam w myślach wersję vintage. Stara nie może mieć wymagań, w końcu jest stara.
I to po tych wszystkich herbatkach, kawkach i zupach, które u mnie za darmochę zeżarł i prosił o dokładkę, a ja głupia lałam w talerz nie licząc się z kosztami. A on? Zrewanżować się nie potrafił.
Paweł z pieniędzmi postępował swobodnie. W restauracji zamawiał najlepsze wino, pańskim gestem przyjmował od zgiętego wpół kelnera kieliszek i odprawiał ten cały koneserski cyrk: kolebał, wąchał, a na koniec brał odrobinę na język. Wszystko z lekko przymkniętymi oczami, jakby nie chciał żeby bodźce wzrokowe zakłóciły mu bodźce węchowe i smakowe. Uwielbiałam na to patrzeć, czułam się wtedy jak zblazowana muza ekscentrycznego artysty. I co z tego, że po wszystkim musiałam uregulować rachunek? Nie byłam pierwszą ani ostatnią muzą przy kasie.
W sumie dobrze wyszło, że była tylko przypalona szarlotka, ułożona na porcelanowym półmisku z Chodzieży (prezent od Pawła). Ja już wcześniej zjadłam dwie kanapki, bo leki potrzebowałam wziąć, a z Mirosławem się na żadne dania nie umawiałam.
Jeżeli chodzi o randkę to szkoda gadać. Mirosław okazał się nudny. Przewidywalny. Niczym mnie nie zaskoczył ani nie rozbawił. Jedzenie jak już wspominałam, wino warte swojej ceny. A moje myśli zaprzątała rybia łuska.
Rozmowa już zupełnie przestała się kleić kiedy z wysiłkiem przegryzał się przez przypominający zwęglony krowi placek kawałek ciasta, który hojną ręką osobiście nałożyłam mu na talerz. Każdy kęs sporo go kosztował, musiał porządnie żuć i memłać, ale zjadł do końca. Nie był jednak w stanie skłamać i powiedzieć że pyszne, bo wiadomo, bał się że jako dobra gospodyni natychmiast zaproponuję dokładkę, a on jako kulturalny gość nie będzie mógł odmówić. Wybąkał więc, że bardzo sycące i nic więcej nie zmieści. No, ja myślę.
Kiedy jedzenie mieliśmy już załatwione, zgodnie z kolejnością rzeczy przeszliśmy do sypialni, żeby załatwić seks.
Mirosław grzmocił dość intensywnie, ale krótko, czego można się było spodziewać po wdowcu. We wszystkich działaniach okazał się irytująco rytmiczny, a orgazm osiągnął skandując moje imię. Podczas gdy on jęczał, ja zastanawiałam się, czy aby sąsiedzi nie słyszą i zabijałam czas powtarzaniem sobie w myślach części ciała po angielsku – taki myk, Dorota vel Doris, psiapsiółka jeszcze z liceum, mnie nauczyła. Mąż jej zmarł wcześnie, jedyny syn wyemigrował do Australii, więc z nudów wzięła się za języki. Angielski i niemiecki zna perfekt, aktualnie szlifuje hiszpański.
– Joluś, dobrze było? – wysapał wreszcie Mirosław. Żenada. Ledwo zdążyłam oblecieć kończyny, trochę twarzy a tu już po wszystkim. By mnie chociaż nie drażnił.
Korciło mnie żeby zapytać, czy szarlotka smakowała, ale tylko się uśmiechnęłam i poszłam do łazienki. ,,Joluś”, cholera jasna, czy ja do niego z ,,Mirusiem” wyjeżdżam? Dla niektórych każdy powód dobry, byle się spoufalić.
Była dwudziesta pierwsza, więc zaproponowałam herbatkę, ,,zanim zaczniesz się zbierać”. Chciałam mu w ten sposób taktownie zasygnalizować, że na nocleg ze śniadankiem to ja się nie piszę. Herbatę zrobiłam, ze względu na rybią łuskę.
– Znalazłam coś dziwnego – wtrąciłam między dwoma ostrożnymi siorbnięciami gorącego napoju.
Nie okazał zainteresowania.
– Uhm … – bąknął. Takie ,,uhm” może znaczyć cokolwiek, więc zinterpretowałam jak chciałam.
– Pokażę ci – wstałam od stolika i z górnej szuflady białej komody Malmo z IKEI wyciągnęłam moją rybią łuskę, bezpieczną w plastikowym pojemniczku. Ta komoda musi mieć już ponad dwadzieścia lat – nie wiem czemu przyszło mi do głowy – kupowaliśmy ją z Pawłem. Fotel, w którym aż nazbyt wygodnie wymościł się Mirosław, też jakoś wtedy kupiliśmy.
Widok mojego sąsiada (bo nie chciałam myśleć o nim jako o ,,kochanku”) w miejscu należącym do Pawła, w którym nie pozwalałam siadać małej Agnieszce i Wiktorowi, a sama sadowiłam się wyłączne wieczorami, kiedy dom na kilka godzin zatrzaskiwał senne oczy okien i drzwi, nieruchomiał i cichł, pozwalając odetchnąć i pomyśleć, jego widok w miejscu, w którym niemal namacalnie mogłam poczuć obecność Pawła, usłyszeć jego głos i błyskotliwe kpiny z wszystkiego … widok Mirosława w tym miejscu był jak profanacja, jakby żaba na ołtarz wskoczyła. Z trudem opanowałam chęć żeby podejść, złapać go za cherlawe ramiona, które – postkoitalnie rozluźniony i odziany tylko w jakieś powyciągane gacie – bezkrytycznie prezentował, i na dobre wypędzić z pawłowego sanktuarium.
Nie zrobiłam tego jednak. Postawiłam pudełeczko na stoliku, obok smętnych resztek szarlotki na Chodzieży i białych kubków z organiczną herbatą. (Agnieszka podarowała mi ją na imieniny, opakowaną w siermiężny szary woreczek z recyklingu, żebym się ,,przekonała o jej zaletach” – nie przekonałam się, pachniała i smakowała jak zwykła ,,smyczanka”, a kosztowała najmarniej trzy razy tyle.)
– Może się przysiądziesz? – zaproponowałam niby uprzejmie Mirosławowi, poklepując zachęcająco miejsce obok siebie na niedużej sofce (kupiona dwa lata temu, kolor butelkowy, wolna od skojarzeń)- Będzie łatwiej rozmawiać.
Nie odczytując moich prawdziwych intencji wypędzenia go z miejsca pawłowego, z durnym uśmiechem i gatkami wiszącymi na kościstych biodrach, natychmiast przyfrunął na gałązkę, na którą go wabiłam. Chyba mu się ,,bliskość” zamarzyła. Ale wizja takiej z nim poufałości, domowego zasiedzenia i zapierdzenia, była mi całkowicie obca.
Nawet przez chwilkę zastanawiałam się dlaczego? Jaki to rubikon nieświadomie przekroczył, za którym czaiły się już tylko lwy mojej niechęci? Przecież kiedy nachodził mnie w kuchni, kiedy bez opamiętania częstowałam go zupą, a on zachłannie jadł, nie budził we mnie takich emocji. Przeciwnie, podobało mi się i z pewnym podnieceniem myślałam o przyszłych zdarzeniach, aż nadto przewidywalnych. Bo każdy głupi wie, z własnych doświadczeń czy z seriali, że znajomość między singlami zwykle zaczyna się od wspólnej konsumpcji, która w stosownym momencie przechodzi na poziom zwierzeń i bliższego kontaktu cielesnego. I na pewno nie chodziło o rozczarowujący seks, na to przymknęłabym oko, w końcu nie pierwszyzna. Czyżbym jego zaloty przyjmowała wyłącznie z braku ciekawszego zajęcia?
– Spójrz – ostrożnie wyjęłam z pojemniczka rybią łuskę – co to może być?
Wziął znalezisko w ręce i przyglądał mu się z niedowierzaniem.
– I to było pod twoją kanapą?
Było.
– Na pewno nikt ci tego nie przyniósł? A może ktoś był u ciebie z wężem?
Goście z wężami? Raczej bardzo rzadko. A może i przychodzą, ale węże ukrywają. Takie na przykład pytony.
– W takim razie – spojrzał na mnie jakbym się właśnie na jego oczach przepoczwarzała w obcego – wygląda na to, że ktoś tu u nas ma węża.
W pierwszej chwili nie zrozumiałam.
– Czyli?
– To – postukał paluchem w rybią łuskę, która okazała się fragmentem węża – wygląda jak wylinka. Kawałek starej skóry. W dużym skrócie.
– Boże – wrzasnęłam i odruchowo wciągnęłam nogi na kanapę – w moim domu jest wąż!
To było zbyt dziwne żeby mogło być prawdą, a jednak … wylinka leżała przede mną, bezczelnie migocząc kolorami.
– Musisz go złapać! – zażądałam.
Ale on wcale się do tego nie palił, tylko zaczął mnie przekonywać, że może to wcale nie wylinka, a nawet jeżeli, to pewnie któryś z sąsiadów trzyma węża, może ten Kowalski z czwartego piętra, co mu kiedyś gekon uciekł i ganiali się po klatce (gekon i Kowalski). No i może ten domniemany wąż Kowalskiego właśnie miał wylinkę (o ile to wylinka) i resztki sfrunęły do mnie przez otwarte okno.
– Kowalski nie ma węża – stwierdziłam – A ja nie miałam otwartego okna.
No więc jeżeli nie Kowalski, to może ktoś inny trzyma, a jeżeli naprawdę uważam, że ten wąż rzeczywiście u mnie jest, w co on osobiście wątpi, to problem jest zapewne bardziej natury psychologicznej.
– Czyli uważasz że ja sobie tego węża wymyśliłam? Że mi odpierdala, w dużym skrócie?
A on na to, że skądże znowu, a w folklorze słowiańskim, zwłaszcza w górskich rejonach Czech i Słowacji, jeszcze całkiem niedawno funkcjonowała opowieść o ,,białym wężyku”, czyli duchu opiekuńczym domostwa. Taki wężyk gnieździł się w ścianie domu i czuwał nad mieszkańcami, licząc w zamian na miseczkę mleka, którą skrzętna gospodyni stawiała co jakiś czas gdzieś w kąciku. Jego zabicie, nawet niecelowe, sprowadzało na dom nieszczęście, a nawet śmierć.
– W życiu nie słyszałam o jakimś białym wężyku. I mam nietolerancję na mleko.
Przekonuje, że wąż to symbol, w każdej kulturze. Weźmy Biblię …
Dłużej już nie mogłam tego słuchać.
– Spójrz – przerwałam te jego wywody podsuwając mu pojemniczek z wylinką pod nos – Możesz dotknąć, jeżeli nie wierzysz.
Spuścił głowę.
– Dotykałem.
– I nie wierzysz?
Nie odpowiedział.
– Dlaczego?
– Bo to NIE MOŻE być prawdziwe – wybuchnął – wrabiasz mnie, może jeszcze nagrywasz? – rozejrzał się podejrzliwie po pokoju.
– Ja? Wrabiam cię? Ciekawe po co? Chyba sobie żartujesz!
– To ty sobie żartujesz!
– Nie, to ty! – wrzasnęłam. I aż mnie zatkało. Kłóciliśmy się jak dwójka przedszkolaków.
– Co, może pani wychowawczyni naskarżysz?!- rzuciłam jadowicie – Albo mnie udusisz?
Spojrzał na mnie z taką miną, jakby na poważnie rozważał, którą opcję wybrać.
Przez chwilę zachowywaliśmy się jak kochankowie. Normalna dwójka emerytów, którzy seksem próbowali podkręcić aż za spokojne życie. Chcieliśmy, żeby coś wreszcie zakłóciło naszą monotonną dreptaninę między kuchnią, sypialnią i łazienką, poranne przebieżki z wózeczkiem do Lidla albo Biedronki i starczą rywalizację w przychodni o to, kto bardziej niedomaga.
Ale wąż, stworzenie z krwi i kości, żaden symbol ani czesko-słowacka legenda, przekroczył granice tego, na co w ramach rozrywki byliśmy gotowi. A na pewno nie był na niego gotowy Mirosław.
Bał się. Nie ataku boa dusiciela, ale czegoś nieprawdopodobnego, co istniało, chociaż NIE MOGŁO istnieć, czego nie umiał racjonalnie wyjaśnić, co mogło zburzyć jego dotychczasowy pogląd na świat. Był święcie przekonany, że nie ma życia poza jego ciasną norką. Widział, dotykał – i nie wierzył. Może być coś bardziej irytującego?
Paweł miałby więcej pokory. I ciekawości. Latałby teraz po całym domu z latarką i szukał węża. Nie po to, żeby go wypłoszyć, ale z fascynacji.
Przed chwilą może i byłam gotowa wybaczyć Mirosławowi to podejrzane wino i bukiet, który już zaczął się osypywać w moim wazonie. Niech tam, wybaczyłabym mu nawet byle jaki seks.
Teraz chciałam już tylko, żeby sobie poszedł. Z całych sił zaciskałam usta – gdybym je otworzyła, wysypałaby się cała góra niepotrzebnych słów.
A on i tak nie złapałby węża. Nawet w niego nie wierzył, a ze mnie robił wariatkę. To niech mi ktoś powie, po co mi taki facet?
Ubrał się więc i wyszedł.
Wtedy, wyposażona w kapeć z puszkiem (od Doris), obeszłam cały dom w poszukiwaniu. Zdawałam sobie sprawę, że wąż to nie ćma czy komar, papuciem go nie utłukę, ale jakoś pewniej się czułam ruszając na łowy z bronią w ręku, choćby i różową.
Węża nie znalazłam.
Położyłam się do łóżka, ale nie mogłam zasnąć. Męczyły mnie myśli o wężu: przyczaił się w jakimś ciemnym zakamarku, czy tylko go sobie wyobraziłam? Jest jadowity? Duży? Śliski? Obserwuje mnie?
Zamykałam oczy, ale to nie pomagało. Wykończony mózg wciąż i wciąż produkował przerażające obrazy węża. Sploty jego ciała, pełznące w kierunku łóżka. Czerwone ślepia, wpatrujące się we mnie bez zmrużenia powiek. Język, rozwidlony na końcu radar bezbłędnie naprowadzający na ofiary.
Wąż, jego bezszelestne ruchy, bezwstydnie lśniące ciało i hipnotyzujące spojrzenie, nagle wydał mi się obrzydliwy. Usiadłam na łóżku i z lękiem wpatrywałam się w ciemność. Jeżeli przestanę w niego wierzyć, zniknie – wmawiałam sobie. I ze wszystkich sił starałam się nie wierzyć.
Nie wiem, kiedy wreszcie zasnęłam, musiało już świtać. Spałam krótko i obudziłam się tak, jakbym ratowała się przed utonięciem w mętnym jeziorze: gwałtownie łapiąc oddech, przerażona, z oczami zalanymi wodą.
Jola, przestań! – napominałam sama siebie – Nerwowo się wykończysz. Nie ma żadnego węża!
Dodawszy sobie w ten sposób odwagi wysunęłam stopy spod kołdry, po czym spuściłam je na podłogę i szybkim ruchem wsunęłam w kapcie. Pomimo że był już dzień i słońce zdążyło przegonić nocne mary, prawdziwe i wyobrażone, to jednak czułam obawę przed tym, że mogłabym bosą stopą dotknąć lepkiego, zimnego śladu pozostawionego przez węża.
Rozejrzałam się po pokoju. Wszystko było jak zwykle, więc trochę uspokojona poszłam do kuchni, zrobić śniadanie. I tam … . To leżało na podłodze, na samym środku. Jakby zostawione specjalnie dla mnie. Potworna instalacja wymyślona przez chorego twórcę.
W pierwszym odruchu zamknęłam oczy, po czym otwierałam je powoli, gotowa w każdej chwili do ucieczki. Oddychaj, powtarzałam, aż wreszcie byłam gotowa, żeby zobaczyć.
Nie wiem, ile czasu stałam wpatrując się w ten makabryczny widok, niezdolna do działania, chociaż wiedziałam że w końcu będę musiała posprzątać budzące mdłości resztki uczty drapieżnika. Krwawe, śluzowate strzępki rozszarpanego ciała niewielkiego zwierzątka rozwleczone po beżowym gresie, posklejane krwią kosmyki szarobrązowej sierści – jakby wąż, bo to na pewno był on, nie polował z głodu, a dla jakiejś wynaturzonej przyjemności. Jakby z zimną krwią zmasakrował i zostawił to biedne stworzenie tylko po to, żeby zostawić dla mnie wiadomość: patrz, co mogę zrobić.
Przerażenie dosłownie mnie sparaliżowało, nie byłam w stanie odwrócić się i wyjść, zamknąć oczy i przestać patrzeć na tę demonstrację okrucieństwa. Jednocześnie – chociaż wzbraniałam się do tego przyznać – gdzieś we wstydliwie skrywanej części mojej osobowości, odczuwałam chorobliwą fascynację tym, co zrobił wąż. W tamtym momencie potrafiłam poczuć to, co czuł on, kiedy odbierał życie innej istocie.
W moich żyłach pulsowała wolność bogów, słyszałam naglące dudnienie bębnów od wieków towarzyszących krwawym ceremoniom i przeraźliwe krzyki ofiar pożeranych żywcem przez bóstwa zniszczenia i wojny.
Jak dobrze – pomyślałam z czymś w rodzaju egoistycznej ulgi – że chociaż ten jeden raz to nie moje plemię musi zaspokajać ich głód żeby przetrwać. Że nie musimy wpychać w ich odrażające paszcze naszych dzieci.
W mojej głowie kłębiły się skojarzenia i domysły, jednak nawet gdybym je wszystkie odrzuciła, zwierzęcy trupek w mojej kuchni stanowił namacalny ślad. To był dowód na to, że nie oszalałam i niczego sobie nie wymyśliłam, choć czułam się tak, jakbym traciła rozum.
W pierwszym odruchu postanowiłam zadzwonić do Wiktora. Rzadko odbierał, więc moje dobijanie się do niego miało marne szanse powodzenia. Tym razem jednak odezwał się prawie od razu.
– Mama? Co się dzieje? – był zaskoczony moim telefonem. Pewnie doszedł do wniosku, że nastąpiła jakaś krańcowa sytuacja, Siedlce właśnie rozpaczliwie bronią się przed rosyjską inwazją, albo matka ma galopującą postać raka.
W jego głosie wyczuwałam napięcie, może nawet strach. A w tle słyszałam dziwny, regularny odgłos. Serie suchych trzasków i coś jakby wybuchy. Od razu zapomniałam po co dzwonię, włączyła mi się opcja ochrony potomstwa.
– Wiktor, gdzie ty jesteś?! – wrzasnęłam.
– W pracy – odpowiedział wymijająco. W jego przypadku ,,w pracy” mogło znaczyć wszystko. Wiktor robi reportaże.
– Co to za hałasy? – nie ustępowałam.
– Jadę samochodem.
– To nie samochód.
– Przejeżdżam obok torów. Towarowy jedzie.
– To wybuchy, tak? Jesteś w Ukrainie? – nagle mnie oświeciło.
– Nie słyszę cię – oznajmił – zasięg siada.
Wiedziałam, że kłamie. I wiedziałam, że moje dziecko jest w niebezpieczeństwie, że naraża swoje zdrowie i życie dla jakiegoś głupiego reportażu. Chciałam mu coś powiedzieć, błagać żeby rzucił to, co właśnie robił i natychmiast wracał – ale się rozłączył.
Zadzwoniłam więc do Agnieszki i z miejsca zaczęłam ją wypytywać. Niechętnie, ale wreszcie przyznała, że wie gdzie podziewa się jej brat.
– Jest w Ukrainie…
Wiedziałam.
– …robi reportaż o żołnierzach na linii frontu.
Boże, czym zawiniłam, że mam takie dzieci?!
– Mamo? – Agnieszka zawołała w eter zaniepokojona moim milczeniem – Jesteś tam?
Byłam.
– Kiedy wraca? – wykrztusiłam z głębi skręcających się trzewi.
Wiktor pod ostrzałem, Agnieszka w ciąży z bliźniakami, a u mnie grasował wąż. Żadna matka by tego nie zniosła.
– Nie wiem dokładnie. Tydzień, czy coś koło tego. Nie bój się tak o niego, przecież on nie strzela, i cały czas jest w kamizelce i w hełmie.
Miałam ochotę nakrzyczeć na Agnieszkę. Jak mogła? Ale nie wiedziałam, co właściwie miałabym jej zarzucić: jak mogła pozwolić mu jechać? Nic mi nie powiedzieć?
Wiktor już nie był jej małym braciszkiem, nieśmiałym chłopczykiem, który bał się ciemności. Od dawna robił co chciał i nikogo nie pytał o zdanie. Był dorosły – ale co z tego, przecież ja nawet na łożu śmierci będę sprawdzać, czy na pewno włożył ciepły sweter i zjadł jak należy.
Nie strzelał? To jeszcze gorzej. Dwadzieścia cztery razy siedem, czyli sto sześćdziesiąt osiem godzin jako żywa tarcza, do której strzelają inni. I jak ja mam przeżyć ten tydzień?
Byłam fatalną matką, syn nie miał do mnie zaufania, córka uciekła w chaszcze pod Komańczą. Nawet ojca nie potrafiłam im zapewnić.
Jeżeli Wiktor nie zginie teraz – myślałam – to pojedzie na jakąś kolejną wojnę i jeszcze kolejną, aż wreszcie gdzieś go ukatrupią. A ja nigdy się nie dowiem, po co mu było to wszystko.
– U mnie jest wąż – powiedziałam wreszcie.
– Jaki wąż? – udało mi się zaniepokoić moją pragmatyczną córcię.
– Zabił mysz i zostawił w kuchni. No, wąż.
Zrelacjonowane w dużym skrócie mało prawdopodobne, ale możliwe zdarzenie. Ani słowa o uczuciach, jakie budził we mnie wąż: przerażeniu, zaciekawieniu i – tak – fascynacji.
Agnieszka głośno przełknęła ślinę. Pewnie zrobiło jej się niedobrze. Zawsze miała aż nazbyt żywą wyobraźnię i zdarzało jej się wymiotować w chwilach dużego stresu. A teraz jeszcze ta ciąża.
– I co ja mam zrobić? – zapytała bezradnie. Zawsze brała na siebie odpowiedzialność za wszystkie złe rzeczy, które przytrafiały się Wiktorowi i mnie. Jakby była starsza nie tylko od swojego brata, ale i od matki.
– Nic – stwierdziłam – Zadzwoniłam bo chciałam zapytać o Wiktora. Ze mną nie chciał rozmawiać.
– Ale jakbyś potrzebowała, to Wojtek przyjedzie … – zaczęła mówić, ale jej przerwałam.
– No coś ty. Już posprzątałam.
Skłamałam. Nie chciałam, żeby przyjeżdżał tu Wojtek, ze swoimi durnymi aladynkami, dredami i bransoletkami z egzotycznych łupin. Byłam pewna, że niczego by nie znalazł, tylko zaalarmował Agnieszkę, że mi odbiło. A wtedy ona, kierowana poczuciem misji, natychmiast (plus podróż spod Komańczy) stanęłaby w moich drzwiach z mężem niechlujem, nadpobudliwym potomstwem, psami i swoim pęczniejącym brzuchem, żeby zająć się stukniętą matką.
Kierowana szlachetnymi pobudkami zamieniłaby moje cudowne, samotne życie w koszmarną telenowelę (ja obsadzona w roli kłopotliwej staruszki). Na samą myśl aż się wzdrygnęłam. O tak, Agnieszka byłaby gotowa na wszystko, byle spełnić córczyny obowiązek.
Straciłabym wolność, którą dopiero co odzyskałam. Nie byłoby mowy o randkach, wieczornym winku, Netfliksie do trzeciej nad ranem, lataniu goło po mieszkaniu, popalaniu skrętów z Doris, spontanicznym seksie z nieznajomym (przyznaję, marzenie ściętej głowy, pula atrakcyjnych nieznajomych w wieku zbliżonym do mojego jest bliska zeru z tendencją malejącą).
Agnieszka nie pozwoliłaby mi ani trochę niezdrowo się żywić. Najmniejszą kosteczkę czekolady wyrwałaby mi z ust. I na stówę zapisałaby mnie na wszystkie możliwe badania kontrolne, których jak dotąd szczęśliwie udawało mi się unikać, z psychiatrą na czele. A potem pilnowałaby żeby mi wdrożyć wszystkie piguły, ani jednej dawki by nie przepuściła. Słowem: zachowywałaby się jak moja matka.
– Wiesz, troszkę się nie zrozumiałyśmy z tym wężem – zaczęłam lekkim tonem – Sąsiad wyjeżdżał na działkę na dwa dni i poprosił żebym mu kota popilnowała. No a ten upolował jakąś mysz i przyniósł mi do kuchni. Podobno koty tak robią, jak kogoś lubią. Widocznie mnie polubił.
Zaśmiałam się trochę sztucznie, z niepokojem czekając na reakcję Agnieszki.
– No, dobra – powiedziała z wahaniem – A dlaczego mówiłaś o tym kocie ,,wąż”?
– Takie tam żarty. Sąsiad tak go nazywa. O, ktoś puka, pewnie po kota. Córciu, muszę kończyć – udałam strasznie zaaferowaną.
Wykończyły mnie te moje dzieci. Wyszłam na balkon, zapaliłam papierosa i zastanawiałam się co gorsze: obojętność Wiktora czy nadopiekuńczość Agnieszki. Potem zabrałam się za sprzątanie kuchni.
W ciągu dnia prawie nie myślałam o wężu. Dzień ma swoje prawa i wymagania, zajmowałam się więc dziennymi sprawami. Ugotowałam obiad i poskładałam ciuchy w szafie, od tej nieszczęsnej randki zwalone na kupę.
Może tylko raz czy dwa poczułam się trochę nieswojo. Właściwie trudno nawet powiedzieć, dlaczego: coś lekko poruszyło firanką (wiatr?), usłyszałam przypominający syczenie odgłos w łazience (niedokładnie zakręcony kran?). Zajrzałam za firankę i do łazienki, ale niczego tam nie było.
– Oczywiście – zwróciłam się do węża z wyrzutem – kryjesz się.
– Nie – odpowiedział – wcale się nie kryję.
– Nigdy cię nie widziałam.
– Nie umiesz patrzeć. Ja się nie ukrywam, po prostu przechodzę.
No i proszę, gadałam z własnym wyobrażeniem. Chociaż … przecież to on nawiązał dialog. I nie rozumiałam o czym mówił – to najlepszy dowód, że jednak nie rozmawiałam sama ze sobą, no bo siebie to bym chyba rozumiała?
– Powiesz, o co ci chodzi? -zapytałam.
Nie odpowiedział.
– Hej, jesteś tam?!
Milczenie. Miałam tego dość.
– Strasznie jesteś humorzasty. Jak nie chcesz gadać, to dobranoc. Padam z nóg, całą noc ktoś mi spać nie dawał.
Nie odezwał się, więc znowu zaczęłam mieć wątpliwości, czy on naprawdę istnieje. Gadający wąż? Bzdura, prosta droga do psychiatryka. Nic dziwnego, że Agnieszka była zaniepokojona. Też bym była.
Tamtej nocy spałam kamiennym snem. Nie dręczyły mnie koszmary. Podświadomość nie ostrzegała przed niebezpieczeństwem. A kiedy obudziłam się po dziewiątej, wypoczęta i z poczuciem, że odzyskałam równowagę, a wąż był tylko dziwacznym urojeniem, na lewym nadgarstku zauważyłam ślad po ukąszeniu. Dwa niewielkie czerwone punkciki, blisko siebie, skóra lekko nabrzmiała i zaczerwieniona, tkliwa. Tylko tyle.
Nie bałam się. W moich żyłach być może krążyła trucizna, ale… nie umarłam.
Właśnie tak się to zaczęło. Od rozczarowania Mirosławem. Od wylinki. Od ciąży Agnieszki. Od Wiktora na linii frontu. Od rozmowy z wężem.
Może nic by się nie wydarzyło gdybym nie porównywała Mirosława do Pawła? A gdybym tak zawzięcie nie odkurzała pod kanapą, wylinka pewnie leżałaby tam sobie do końca świata. A może to nie wylinka tylko kawałek plastiku, opakowanie po jakichś azjatyckich smakołykach, które Doris rzuciła niefrasobliwie na podłogę? Może nie okłamałam Agnieszki i zagryziona mysz to rzeczywiście dzieło kota którejś z sąsiadek? Ślady po ukąszeniu mógł zostawić jakiś owad z dziurkaczem w pysku, a rozmowa z wężem? Mogła toczyć się tylko w mojej głowie.
Minęło już trochę czasu, ale wciąż roztrząsam w myślach przeszłe wydarzenia. I uczę się ostrożności, zwłaszcza z przymiotnikami. To podstępne małe dranie, nic tylko by oceniały i narzucały. Coraz bardziej doceniam rzeczowniki: pracowite woły, proste i uczciwe.
Uważnie rozglądam się po życiu. Nazywam to co widzę, tak jak widzę: syn, córka, wnuki, zięć.
Jeżeli chodzi o węża, to rzeczownik, co do którego nie mam pewności. Zostawia ślady swojego istnienia. Chyba chce, żebym o nim myślała, ale … nie daje mi niezbitych dowodów. Mogę więc tylko powiedzieć co widziałam i dodać: wierzę.
Jest tak, jakby nic się nie zmieniło: rozmawiam z Agnieszką, martwię się o Wiktora. Zdarza się, że na klatce albo w warzywniaku mijam Mirosława. Uprzejmie mówimy sobie dzień dobry. Czasami Doris wpada jak burza i wypełnia dom radosną paplaniną, która zasadniczo kręci się wokół jednego, zmieniają się tylko męskie imiona. Zdarza się, że zapyta, a co u ciebie? Milczę i uśmiecham się w odpowiedzi. Niech sobie myśli, co chce.
Tak, prawie nic się nie zmieniło. Tylko wieczorami gadam sobie z wężem.
Ilona Misztal